Zapraszam wszystkich do czytania moich opowiadań na wattpadzie:
Wejdź tutaj: kreskowa1
sobota, 11 lipca 2015
wtorek, 24 marca 2015
Koniec
Obolała siedziałam w wielkim skórzanym fotelu i popijałam herbatę, gdy moja mama nerwowo rozglądała się po pomieszczeniu.
- Przyjechałam od razu, gdy się dowiedziałam. Nie mogę uwierzyć jak daleko to zaszło, to straszne.
Podeszła do mnie chcąc dotknąć mojej twarzy, ale nie pozwoliłam na to. Odwróciłam głowę i w myślach poprosiłam, żeby odeszła. Nie mogła tego usłyszeć, ale tak właśnie zrobiła.
- Przepraszam, że nie było mnie, gdy tego potrzebowałaś, ale nie jestem taka odważna jak wy, tak naprawdę nigdy taka nie byłam.
- W takim razie dlaczego teraz tutaj przyjechałaś? – zapytałam.
- Nie miałam wyjścia, musisz poznać prawdę.
Odrzuciła do tyłu swoje blond włosy i z poczuciem winy spojrzała na podłogę. Naprawdę niewygodnie mi się siedziało, powinnam teraz leżeć i dochodzić do zdrowia, a ona zamiast to docenić, jeszcze mi to wszystko utrudniała.
- Twoja babka jest zachłanną kobietą – zaczęła mówić drżącym głosem. – Jej działania czasami mogą wydawać się nieprzemyślane, ale tak naprawdę wszystko ma zaplanowane. Napisała do ciebie list i ostrzegła cię przed Morganą.
- Skąd o tym wiesz?
- Marcus mi o wszystkim opowiedział.
Niech ja tylko doczołgam się do naszego pokoju, to zobaczy co znaczy mieć przede mną sekrety, już ja mu zgotuję piekło na Ziemi.
- Ostrzegła cię przed wrogiem, który nie istnieje.
Spojrzałam na nią zaskoczona. Dużo osób mówiło o tym, że Morgana naprawdę istnieje, dlaczego więc mówi mi takie rzeczy?
- Elizabeth istnieje, a raczej istniała naprawdę, ale gdy razem z moją siostrą miałyśmy po parę lat stało się coś przerażającego. Bawiłyśmy się w piaskownicy, tak jak w każdy słoneczny dzień. Mama upiekła nam nawet babeczki z kolorową posypką, więc byłyśmy bardzo szczęśliwe. Przerwałam na chwilę zabawę i poszłam do domu, żeby zabrać lalkę z mojego pokoiku, ale nigdy tam nie dotarłam. Zatrzymałam się w progu, bo zobaczyłam jak moja matka pada na ziemię i w ostatniej chwili świadomości spogląda na mnie i porusza ustami. Wiesz jakie to było słowo, czy domyślasz się co chciała mi powiedzieć?
- Nie – odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Uciekaj. Kazała mi uciekać i do tej pory żałuję, że tego nie zrobiłam.
Na kolana mamy wskakuje kotka i łasi się do jej ręki cicho przy tym mrucząc. W myślach dziękuję tej małej kocicy za to, że robi to czego ja nie potrafię.
- Morgana czy jakkolwiek się nazywała, weszła w ciało Elizabeth, a ja instynktownie wyzwoliłam swoją moc i sprawiłam, że jej dusza nie zaginęła.
- Nie rozumiem.
- Uwięziłam duszę Elizabeth w kotce – patrzy na Estrellę i smutno się uśmiecha. – W tej kotce.
W oczach wzbierają mi łzy, nie wiem co powiedzieć i co o tym wszystkim myśleć. Matka po tylu latach otworzyła się przede mną i zdradziła swój największy sekret, a ja nie wiem co powiedzieć.
- Tamtego dnia Morgana zabrała mi większość mocy i to samo zrobiła z tobą z tym wyjątkiem, że u ciebie było to, że tak powiem krótkotrwałe. Kochanie, jesteś białym krukiem i chroni cię zbyt potężna moc, żeby taki ktoś jak ona mógł ci odebrać twoje dziedzictwo.
- Kim ona jest?
- Nikt tego nie wie, a ja chyba nie chcę tego wiedzieć.
- A co z tą prawdziwą babcią? – szepczę pokazując na kotkę.
Kotka zeskakuje z kolan mojej matki i wyraźnie zdegustowana przeprowadzoną właśnie rozmową, wskakuje na parapet.
- Chyba ją uraziłam – mówię.
- Nie przejmuj się, ma swoje humory. Nie jestem pewna czy to możliwe, ale jedyna osoba która ma szanse odwrócić to zaklęcie, siedzi naprzeciwko mnie. Najpierw jednak musisz pokonać Morganę.
- Jak?
- Nie wiedzą, że macie się dobrze, a zaklęcie rozdzielenia na was nie zadziałało. Rozmawiałam już z Alice i zgodziła się ze mną, że to całe zdarzenie kupiło ci czas na naukę. Musisz być silna, żeby ją pokonać.
- Ale jakim cudem ukryję się przed nią?! Moją moc można wyczuć.
- Nie można – powiedziała mama i tajemniczo się uśmiechnęła.
Chciałam coś powiedzieć, ale powstrzymałam się. Patrzyłam uważnie jak wyjmuje z kieszeni mały przedmiot zawinięty w brązowy materiał.
- No dalej córeczko, wiem że wyczuwasz jego moc. Wiesz co trzymam w ręce.
Zamykam oczy i wyciągam z mojego wnętrza wspomnienie, które jest mi teraz potrzebne. Wiem, że tam jest, wystarczy, że po nie sięgnę.
Rosja 1840 r.
Trzymam w ręce najcenniejszą rzecz jaką kiedykolwiek miałam. Szukałam tego kamienia prawie całe życie, a teraz kiedy już go mam nie mogę się nim nacieszyć. Elisa przyszła dzisiaj do mnie i opowiedziała mi o sekrecie, który jej rodzina od wieków trzymała w tajemnicy.
Jedno z moich poprzednich wcieleń zapoczątkowało jej ród. Invisibilia, to niezwykła odmiana czarownic, nie czerpią swej mocy z przyrody tylko z tego co niematerialne. Ich moce są legendarne, chociaż tak naprawdę nikt nie potrafi ich dokładnie opisać. Osobiście słyszałam legendę o tym, że zajmują się ochroną i niejednokrotnie pomagali ważnym osobom w ucieczkach, to właśnie wtedy zrodziło się przekonanie, że ich jedyną mocą była niewidzialność. Według mnie to są bzdury, a tamte czarownice mają o wiele większą moc, teraz jestem tego pewna, bo dowiedziałam się, że są potomkami białego kruka.
- Musisz mi oddać ten kamień – mówi Elise.
- Nie mogę, szukałam go całe życie.
Elise delikatnie dotyka mojego czoła i przekazuje mi wizję przyszłości. Teraz rozumiem dlaczego owładnęła mnie w tym życiu obsesja zdobycia tego kamienia. Musiałam to zrobić, żeby zapewnić bezpieczeństwo przyszłej wersji mnie.
- Anastazja tego bardziej potrzebuje, a samej nie uda ci się ochronić tego kamienia. Biały kruk nie miewa potomków, moi przodkowie byli jednym z wyjątków. To się zdarza tak rzadko, że głupotą byłaby wiara w to, że zostanie ci ktoś komu mogłabyś go powierzyć.
- Jakim cudem przekażecie jej kamień skoro nigdy się nie ujawniacie.
- Mogę cię zapewnić, że będzie pod naszą ochroną, a lux lapis zostanie jej dostarczony w odpowiednim czasie przy pomocy neutralnej osoby.
Dziewczyna skinęła poważnie głową na potwierdzenie swoich słów i zapatrzyła się na las znajdujący się za mną. Domyśliłam się, że nie wszystko mi pokazała, jednak nie mogłam od niej wymagać zdradzenia wszystkich sekretów.
- Neutralną osobą będzie czarownica, której odebrali prawie całą noc, będzie to osoba, która nikomu nie zagraża, a jednocześnie należy do tego świata.
- Dobrze, oddam lux lapis, ale musisz mi obiecać, że zaopiekujecie się nią – przygryzam wargę i próbuję poukładać sobie wszystko w myślach. – Ten kamień może nie wystarczyć do ukrycia jej mocy, musicie mieć drugi plan.
- Jeżeli to się nie uda, ukryjemy ją w naszym zakonie.
- Nie zgadzam się.
- Dlaczego, przecież nam też zależy na ochronie białego kruka.
- Anastazja będzie moim kolejnym wcieleniem, więc będzie w niej moja cząstka, a to oznacza, że nie wytrzyma w zamknięciu z daleka od ludzi na których jej zależy.
- Co według ciebie powinniśmy zrobić?!
- Nie wiem, to wy macie nas chronić.
- Tak, wiem co to jest – mówię matce i zabieram z jej rąk to co i tak należy do mnie.
Nie waham się ani chwili, odplątuję sznureczek, a materiał opada na moje kolana. Widzę przed sobą nieoszlifowany jasno-żółty kamień od którego zależy moje bezpieczeństwo.
- Przyjechałam od razu, gdy się dowiedziałam. Nie mogę uwierzyć jak daleko to zaszło, to straszne.
Podeszła do mnie chcąc dotknąć mojej twarzy, ale nie pozwoliłam na to. Odwróciłam głowę i w myślach poprosiłam, żeby odeszła. Nie mogła tego usłyszeć, ale tak właśnie zrobiła.
- Przepraszam, że nie było mnie, gdy tego potrzebowałaś, ale nie jestem taka odważna jak wy, tak naprawdę nigdy taka nie byłam.
- W takim razie dlaczego teraz tutaj przyjechałaś? – zapytałam.
- Nie miałam wyjścia, musisz poznać prawdę.
Odrzuciła do tyłu swoje blond włosy i z poczuciem winy spojrzała na podłogę. Naprawdę niewygodnie mi się siedziało, powinnam teraz leżeć i dochodzić do zdrowia, a ona zamiast to docenić, jeszcze mi to wszystko utrudniała.
- Twoja babka jest zachłanną kobietą – zaczęła mówić drżącym głosem. – Jej działania czasami mogą wydawać się nieprzemyślane, ale tak naprawdę wszystko ma zaplanowane. Napisała do ciebie list i ostrzegła cię przed Morganą.
- Skąd o tym wiesz?
- Marcus mi o wszystkim opowiedział.
Niech ja tylko doczołgam się do naszego pokoju, to zobaczy co znaczy mieć przede mną sekrety, już ja mu zgotuję piekło na Ziemi.
- Ostrzegła cię przed wrogiem, który nie istnieje.
Spojrzałam na nią zaskoczona. Dużo osób mówiło o tym, że Morgana naprawdę istnieje, dlaczego więc mówi mi takie rzeczy?
- Elizabeth istnieje, a raczej istniała naprawdę, ale gdy razem z moją siostrą miałyśmy po parę lat stało się coś przerażającego. Bawiłyśmy się w piaskownicy, tak jak w każdy słoneczny dzień. Mama upiekła nam nawet babeczki z kolorową posypką, więc byłyśmy bardzo szczęśliwe. Przerwałam na chwilę zabawę i poszłam do domu, żeby zabrać lalkę z mojego pokoiku, ale nigdy tam nie dotarłam. Zatrzymałam się w progu, bo zobaczyłam jak moja matka pada na ziemię i w ostatniej chwili świadomości spogląda na mnie i porusza ustami. Wiesz jakie to było słowo, czy domyślasz się co chciała mi powiedzieć?
- Nie – odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Uciekaj. Kazała mi uciekać i do tej pory żałuję, że tego nie zrobiłam.
Na kolana mamy wskakuje kotka i łasi się do jej ręki cicho przy tym mrucząc. W myślach dziękuję tej małej kocicy za to, że robi to czego ja nie potrafię.
- Morgana czy jakkolwiek się nazywała, weszła w ciało Elizabeth, a ja instynktownie wyzwoliłam swoją moc i sprawiłam, że jej dusza nie zaginęła.
- Nie rozumiem.
- Uwięziłam duszę Elizabeth w kotce – patrzy na Estrellę i smutno się uśmiecha. – W tej kotce.
W oczach wzbierają mi łzy, nie wiem co powiedzieć i co o tym wszystkim myśleć. Matka po tylu latach otworzyła się przede mną i zdradziła swój największy sekret, a ja nie wiem co powiedzieć.
- Tamtego dnia Morgana zabrała mi większość mocy i to samo zrobiła z tobą z tym wyjątkiem, że u ciebie było to, że tak powiem krótkotrwałe. Kochanie, jesteś białym krukiem i chroni cię zbyt potężna moc, żeby taki ktoś jak ona mógł ci odebrać twoje dziedzictwo.
- Kim ona jest?
- Nikt tego nie wie, a ja chyba nie chcę tego wiedzieć.
- A co z tą prawdziwą babcią? – szepczę pokazując na kotkę.
Kotka zeskakuje z kolan mojej matki i wyraźnie zdegustowana przeprowadzoną właśnie rozmową, wskakuje na parapet.
- Chyba ją uraziłam – mówię.
- Nie przejmuj się, ma swoje humory. Nie jestem pewna czy to możliwe, ale jedyna osoba która ma szanse odwrócić to zaklęcie, siedzi naprzeciwko mnie. Najpierw jednak musisz pokonać Morganę.
- Jak?
- Nie wiedzą, że macie się dobrze, a zaklęcie rozdzielenia na was nie zadziałało. Rozmawiałam już z Alice i zgodziła się ze mną, że to całe zdarzenie kupiło ci czas na naukę. Musisz być silna, żeby ją pokonać.
- Ale jakim cudem ukryję się przed nią?! Moją moc można wyczuć.
- Nie można – powiedziała mama i tajemniczo się uśmiechnęła.
Chciałam coś powiedzieć, ale powstrzymałam się. Patrzyłam uważnie jak wyjmuje z kieszeni mały przedmiot zawinięty w brązowy materiał.
- No dalej córeczko, wiem że wyczuwasz jego moc. Wiesz co trzymam w ręce.
Zamykam oczy i wyciągam z mojego wnętrza wspomnienie, które jest mi teraz potrzebne. Wiem, że tam jest, wystarczy, że po nie sięgnę.
Rosja 1840 r.
Trzymam w ręce najcenniejszą rzecz jaką kiedykolwiek miałam. Szukałam tego kamienia prawie całe życie, a teraz kiedy już go mam nie mogę się nim nacieszyć. Elisa przyszła dzisiaj do mnie i opowiedziała mi o sekrecie, który jej rodzina od wieków trzymała w tajemnicy.
Jedno z moich poprzednich wcieleń zapoczątkowało jej ród. Invisibilia, to niezwykła odmiana czarownic, nie czerpią swej mocy z przyrody tylko z tego co niematerialne. Ich moce są legendarne, chociaż tak naprawdę nikt nie potrafi ich dokładnie opisać. Osobiście słyszałam legendę o tym, że zajmują się ochroną i niejednokrotnie pomagali ważnym osobom w ucieczkach, to właśnie wtedy zrodziło się przekonanie, że ich jedyną mocą była niewidzialność. Według mnie to są bzdury, a tamte czarownice mają o wiele większą moc, teraz jestem tego pewna, bo dowiedziałam się, że są potomkami białego kruka.
- Musisz mi oddać ten kamień – mówi Elise.
- Nie mogę, szukałam go całe życie.
Elise delikatnie dotyka mojego czoła i przekazuje mi wizję przyszłości. Teraz rozumiem dlaczego owładnęła mnie w tym życiu obsesja zdobycia tego kamienia. Musiałam to zrobić, żeby zapewnić bezpieczeństwo przyszłej wersji mnie.
- Anastazja tego bardziej potrzebuje, a samej nie uda ci się ochronić tego kamienia. Biały kruk nie miewa potomków, moi przodkowie byli jednym z wyjątków. To się zdarza tak rzadko, że głupotą byłaby wiara w to, że zostanie ci ktoś komu mogłabyś go powierzyć.
- Jakim cudem przekażecie jej kamień skoro nigdy się nie ujawniacie.
- Mogę cię zapewnić, że będzie pod naszą ochroną, a lux lapis zostanie jej dostarczony w odpowiednim czasie przy pomocy neutralnej osoby.
Dziewczyna skinęła poważnie głową na potwierdzenie swoich słów i zapatrzyła się na las znajdujący się za mną. Domyśliłam się, że nie wszystko mi pokazała, jednak nie mogłam od niej wymagać zdradzenia wszystkich sekretów.
- Neutralną osobą będzie czarownica, której odebrali prawie całą noc, będzie to osoba, która nikomu nie zagraża, a jednocześnie należy do tego świata.
- Dobrze, oddam lux lapis, ale musisz mi obiecać, że zaopiekujecie się nią – przygryzam wargę i próbuję poukładać sobie wszystko w myślach. – Ten kamień może nie wystarczyć do ukrycia jej mocy, musicie mieć drugi plan.
- Jeżeli to się nie uda, ukryjemy ją w naszym zakonie.
- Nie zgadzam się.
- Dlaczego, przecież nam też zależy na ochronie białego kruka.
- Anastazja będzie moim kolejnym wcieleniem, więc będzie w niej moja cząstka, a to oznacza, że nie wytrzyma w zamknięciu z daleka od ludzi na których jej zależy.
- Co według ciebie powinniśmy zrobić?!
- Nie wiem, to wy macie nas chronić.
- Tak, wiem co to jest – mówię matce i zabieram z jej rąk to co i tak należy do mnie.
Nie waham się ani chwili, odplątuję sznureczek, a materiał opada na moje kolana. Widzę przed sobą nieoszlifowany jasno-żółty kamień od którego zależy moje bezpieczeństwo.
Ukryj mnie
Ukryj mą moc
Niech nikt nie wie
Niech nikt nie podejrzewa
Jaka moc we mnie płonie
Nie zamieniając już ani jednego słowa z moją matką, wyszłam z pokoju i skierowałam się w stronę mojej sypialni. Nie mogłam nosić tego kamienia przy sobie, nikt nie mógł się o nim dowiedzieć. Musiałam go ukryć i nawet już miałam pomysł jakie to będzie miejsce.
W moim pokoju znajdowała się wielka szafa w której ostatnio znalazłam małą skrytkę. Nie wiedziałam na co była pierwotnie przeznaczona, ale od dzisiaj będzie schronieniem dla lux lapis.
Drzwi do pokoju zaczęły się otwierać, a ja szybko zatrzasnęłam szafę i odskoczyłam od niej jak oparzona. Uniosłam głowę do góry i zobaczyłam rozczochranego Marcusa.
- Słyszałem, że rozmawiałaś z matką i pomyślałem, że przyda ci się miłe towarzystwo.
- Tak – powiedziałam. – Proszę usiądź.
Miał do wyboru sofę, fotel, a wybrał moje łóżko. Od czasu ataku zniknęły między nami wszystkie bariery, wszystko stało się bardzo naturalne i nie czułam już skrępowania w niektórych sytuacjach. Usiadłam obok niego i dotknęłam jego dłoni.
- Powinnam się na ciebie wściekać, bo nie powiedziałeś mi o rozmowach z moją matką, nie wspominając już o niewyjawieniu prawdy dotyczącej tego kim naprawdę jesteś. Naprawdę powinnam być na ciebie zła, ale nie jestem. Jedyne co mnie w tym wszystkim denerwuje, to fakt, że odsunąłeś mnie od siebie.
Nie patrzył mi w oczy, więc wzięłam w dłonie jego głowę i spojrzałam na niego. Nie chciałam, żeby ciągle przed tym uciekał, musiał być ze mną szczery.
- Marcus, dobrze wiesz, że prawie w całości wróciła mi pamięć, więc już nie możesz używać za wymówkę tego, że nie wiem co robię i będę tego żałować. Zapewniam cię, że dobrze pamiętam nasze błędy, ale nie chcę tego rozpamiętywać. Nie jesteśmy już tamtymi osobami i możemy popełniać nowe błędy. Cholera Marcus, chcę być z tobą.
Zapadła cisza, wpatrywałam się w niego i próbowałam odgadnąć o czym teraz myśli. Miałam ochotę krzyczeć, albo potrząsnąć nim na tyle mocno, żeby w końcu otrząsnął się z tego irytującego bezruchu.
- Marcus – szepnęłam niemalże błagalnie.
Przyciągnął mnie gwałtownie do siebie i zaczął mnie całować. Byłam tym tak zaskoczona, że nawet nie zauważyłam kiedy ułożył mnie na łóżku. Oparł ręce po obu stronach mojej twarzy i patrząc na mnie z pewnej odległości, uśmiechał się figlarnie. Powoli zbliżał się do mojej twarzy, subtelnie oblizał przy tym usta sprawiając, że prawie wyszłam z siebie. W ostatniej chwili zmienił zdanie i zamiast mnie pocałować ukrył swoją twarz w moich włosach i zachrypniętym głosem wyszeptał mi do ucha:
- Chcę żebyś wiedziała – zawahał się. – Anastazjo, kocham cię. Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo cię kocham.
Uśmiecham się, czuję jak w moim ciele gromadzi się iskrząca energia, która domaga się uwolnienia. Moja magia wariuje, czuję jak się niecierpliwi i czeka na uwolnienie. Marcus jakby wyczuwając co się ze mną dzieje, unosi mój podbródek i całuje mnie w usta.
Wybucham.
Wszystko przestaje istnieć. Czuję tylko nasze dusze, które wymieniają się swoją magią. Nie możemy być bliżej siebie, to jest niemożliwe, bo już teraz jesteśmy jednością. Całuję go, dotykam, ale to wszystko wydaje się nierzeczywiste, bo w tym momencie dzieje się coś więcej. W końcu naprawdę zrozumiałam na czym polega magia białego kruka. Nie jesteśmy dla siebie jedynie oparciem czy kompanami w niekończącej się podróży. Jesteśmy jednością, jedną duszą zamkniętą w dwóch ciałach. Nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie miłości, ale teraz jestem przekonana, że polega ona właśnie na poczuciu, że dwie osoby tworzą jedność. I nie chodzi tutaj, żeby były takie same, lub skrajnie inne, liczy się tylko uczucie, które czujesz będąc w jego ramionach. Musisz czuć, że właśnie przy nim jest twoje miejsce i za żadne skarby nie chciałabyś tego zmienić.
- Też cię kocham – mówię i po raz pierwszy w życiu czuję, że te słowa nie są kłamstwem.- Tak – powiedziałam. – Proszę usiądź.
Miał do wyboru sofę, fotel, a wybrał moje łóżko. Od czasu ataku zniknęły między nami wszystkie bariery, wszystko stało się bardzo naturalne i nie czułam już skrępowania w niektórych sytuacjach. Usiadłam obok niego i dotknęłam jego dłoni.
- Powinnam się na ciebie wściekać, bo nie powiedziałeś mi o rozmowach z moją matką, nie wspominając już o niewyjawieniu prawdy dotyczącej tego kim naprawdę jesteś. Naprawdę powinnam być na ciebie zła, ale nie jestem. Jedyne co mnie w tym wszystkim denerwuje, to fakt, że odsunąłeś mnie od siebie.
Nie patrzył mi w oczy, więc wzięłam w dłonie jego głowę i spojrzałam na niego. Nie chciałam, żeby ciągle przed tym uciekał, musiał być ze mną szczery.
- Marcus, dobrze wiesz, że prawie w całości wróciła mi pamięć, więc już nie możesz używać za wymówkę tego, że nie wiem co robię i będę tego żałować. Zapewniam cię, że dobrze pamiętam nasze błędy, ale nie chcę tego rozpamiętywać. Nie jesteśmy już tamtymi osobami i możemy popełniać nowe błędy. Cholera Marcus, chcę być z tobą.
Zapadła cisza, wpatrywałam się w niego i próbowałam odgadnąć o czym teraz myśli. Miałam ochotę krzyczeć, albo potrząsnąć nim na tyle mocno, żeby w końcu otrząsnął się z tego irytującego bezruchu.
- Marcus – szepnęłam niemalże błagalnie.
Przyciągnął mnie gwałtownie do siebie i zaczął mnie całować. Byłam tym tak zaskoczona, że nawet nie zauważyłam kiedy ułożył mnie na łóżku. Oparł ręce po obu stronach mojej twarzy i patrząc na mnie z pewnej odległości, uśmiechał się figlarnie. Powoli zbliżał się do mojej twarzy, subtelnie oblizał przy tym usta sprawiając, że prawie wyszłam z siebie. W ostatniej chwili zmienił zdanie i zamiast mnie pocałować ukrył swoją twarz w moich włosach i zachrypniętym głosem wyszeptał mi do ucha:
- Chcę żebyś wiedziała – zawahał się. – Anastazjo, kocham cię. Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo cię kocham.
Uśmiecham się, czuję jak w moim ciele gromadzi się iskrząca energia, która domaga się uwolnienia. Moja magia wariuje, czuję jak się niecierpliwi i czeka na uwolnienie. Marcus jakby wyczuwając co się ze mną dzieje, unosi mój podbródek i całuje mnie w usta.
Wybucham.
Wszystko przestaje istnieć. Czuję tylko nasze dusze, które wymieniają się swoją magią. Nie możemy być bliżej siebie, to jest niemożliwe, bo już teraz jesteśmy jednością. Całuję go, dotykam, ale to wszystko wydaje się nierzeczywiste, bo w tym momencie dzieje się coś więcej. W końcu naprawdę zrozumiałam na czym polega magia białego kruka. Nie jesteśmy dla siebie jedynie oparciem czy kompanami w niekończącej się podróży. Jesteśmy jednością, jedną duszą zamkniętą w dwóch ciałach. Nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie miłości, ale teraz jestem przekonana, że polega ona właśnie na poczuciu, że dwie osoby tworzą jedność. I nie chodzi tutaj, żeby były takie same, lub skrajnie inne, liczy się tylko uczucie, które czujesz będąc w jego ramionach. Musisz czuć, że właśnie przy nim jest twoje miejsce i za żadne skarby nie chciałabyś tego zmienić.
A
♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥
Kochani czytelnicy, dziękuję za wasze zainteresowanie moim blogiem, a szczególnie za to, że pokazywaliście mi w komentarzach, że jest sens to wszystko pisać, bo ktoś to czyta.
Jestem ciekawa co myślicie o epilogu, jak również o całości tego opowiadania, więc proszę komentujcie ♥
Chciałabym was zaprosić na kontynuację tego opowiadania: historia-strazniczki.blogspot.com
W kolejnej części nadal cała czwórka mieszka razem, więc nie zapomnę o Anastazji i Marcusie :-) Mam nadzieję, że wszyscy moi czytelnicy zaczną czytać historię strażniczki i poznają na nowo Alice i Jacoba.
W kolejnej części nadal cała czwórka mieszka razem, więc nie zapomnę o Anastazji i Marcusie :-) Mam nadzieję, że wszyscy moi czytelnicy zaczną czytać historię strażniczki i poznają na nowo Alice i Jacoba.
czwartek, 19 marca 2015
16. Atak z zaskoczenia
Odkryli naszą kryjówkę, głupotą było nie dopuszczać do siebie myśli o ataku, który jak dzisiaj już wiem, był nieunikniony. Siedziałam w mojej sypialni i głaskałam swoją kotkę, gdy usłyszałam przeraźliwy huk, to był wybuch. Wdarli się do rezydencji. Straże o których istnieniu nie wiedziałam, zaczęły nas bronić, a na ich czele stanął Jacob. Nim zdążyłam zarejestrować cokolwiek więcej przy moim boku pojawili się Alice i Marcus, którzy zaczęli mnie odciągać od zamieszania. Zdaje się, że naszym celem był strych, bo w takiej sytuacji prawdopodobnie tylko tam Alice mogła otworzyć portal bez ryzyka wtargnięcia tam niepowołanych osób. Czułam jak mnie ciągną, bo inaczej nie można było tego nazwać. Moje ciało się zbuntowało i nie chciało ruszyć nawet na krok, byłam przerażona. Co innego brać udział w zaplanowanej akcji, a stać się obiektem ataku.
Mediolan 1972 r.
- Amber, uspokój się, między nami nic nie zaszło! – krzyczał przeraźliwie głośno Anthony. Czułam, że jego słowa na zawsze zostaną na dnie mojego umysłu i będą go zatruwać swoim jadem.
- Jestem twoją żoną i tylko ja mam prawo do całowania cię. Nie upilnowałeś tego, więc to jest twoja wina, nie zamierzam tego znosić. Nienawidzę cię i już nigdy nie chcę z tobą być. Proszę, zostaw mnie w spokoju. No na co czekasz? Idź sobie!
Przestrzeń 1990 r.
Rozdzielamy się, widzę jak jego duch spada na Ziemię szybciej niż mój, co oznacza, że urodzi się wcześniej. Nie ważne, liczy się tylko to żebyśmy się odnaleźli.
Wrocław 2014 r.
Widzę Marcusa, ale nie jestem obok niego. Nie powinnam mieć tego wspomnienia, a jednak to widzę wyraźniej niż jakiekolwiek inne wspomnienie.
Marcus siedzi przed moim blokiem i zamyślony patrzy w moje okno. Teraz dostrzegam tam zarys postaci, mojej postaci. Siedzę na parapecie i patrzę na miasto nie zdając sobie sprawy z tego, że jestem obserwowana.
- Tak bardzo tęskniłem – mówi chociaż nikt nie może go usłyszeć. – Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo mi pomagasz, jesteś moim małym promykiem nadziei i siły, to dzięki tobie chcę być lepszy.
Siada na murku i ukrywa twarz w dłoniach. Chcę do niego podejść, pocieszyć go, ale nie mogę, bo mnie tam nie ma.
- Nie radziłem sobie, nadal sobie nie radzę. To wszystko mnie przerasta, jestem zły, naprawdę jestem zły bez ciebie. Wszyscy wmawiali sobie, że nie wiem o nas, więc nie poczuję różnicy, ale ja nie zapominam, pamiętam wszystko co nas spotkało i dlatego dziwię się, że ty tego nie pamiętasz. Jak mogłaś o mnie zapomnieć?
Unosi głowę i patrzy w gwiazdy.
- Kocham cię Anastazjo i zawsze cię kochałem.
Poczułam jak opadam na podłogę. Byłam lekka jak piórko, a przynajmniej tak się czułam. Uśmiechnęłam się do siebie wiedząc, że wszystko będzie dobrze. Tomek chciał nas rozdzielić, ale nie mógł tego zrobić, bo wieki temu razem z Marcusem rzuciliśmy na siebie zaklęcie ochronne. W całym pomieszczeniu, budynku czy świecie, wiedziałam o tym tylko ja i Marcus. Poczułam jak moje ciało zatrzymuje tymczasowo moje funkcje życiowe i czułam, że z moim ukochanym dzieje się to samo. Miałam tylko nadzieję, że Alice zrozumie co się stało i nie będzie się martwiła, bo to wszystko jest tylko stanem tymczasowym, mającym na celu zmylenie wroga.
Dwa dni później
Leżę w innym łóżku niż Marcus, ale znajdujemy się w tym samym pokoju. Ułożyli nas blisko siebie obawiając się, że będziemy potrzebowali swojej energii. Alice nie pozwala nikomu wejść do tego pokoju, więc osobiście się nami zajmuje. Podziwiam ją za to, jest dobrą przyjaciółką i strażniczką.
Nie mogę mówić, ale i tak słuchałam jak opowiedziała mi o przebłysku mojego wspomnienia, które nieświadomie jej wysłałam, to dzięki temu wiedziała co się z nami stało. Dziwiła się tylko, że aż tak źle to znosimy, myślała, że szybciej staniemy na nogi. Mówiła też o mojej babce, ponoć jej wpływy drastycznie wzrosły, jednak kazała mi się tym nie martwić i zapewniła, że jeszcze dopadniemy "wiedźmę, która udaje, że jest silna, a tak naprawdę walczy za pomocą swoich żałosnych naiwniaków, którzy myślą, że wszystko im wolno". Całe te czary mnie przerażały, ale najwyraźniej to one uratowały nam tyłki, cieszę się też, że to właśnie Alice została moją strażniczką, nie mogłabym sobie wymarzyć lepszej kandydatki na to miejsce.
Schody na strych były zaniedbane i stare, pewnie dlatego się potknęłam. To wystarczyło, żebym poczuła w pasie mocny uścisk męskich rąk. Odwróciłam się i z przerażeniem spojrzałam na chłopaka, którego tak naprawdę nigdy nie znałam.
- Chyba nie myślałaś, że pozwolę ci uciec bez pożegnania, moja piękna?
Uśmiechnął się bezczelnie, co w połączeniu z jego słowami sprawiło, że Marcus zagotował się ze złości. Wydobył z pochwy miecz i pewnie wycelował nim w Tomka. W tamtym momencie żaden z nich nie przypominał siebie. Oboje stali się czujni i gotowi na atak.
Alice wykorzystała chwilę nieuwagi Tomka i dotknęła mnie swoją jak mi się wydawało, gorącą dłonią. Spojrzałam na nią przerażona. Czułam jak moje ciało, wszystkie molekuły się rozpadają, chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Zamknęłam oczy, po czym poczułam, że już ich nie mam. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje, nie znałam tego zaklęcia, czułam się zagubiona... I nagle zobaczyłam piękne światło otaczające Marcusa. Zrozumiałam, że mogę mu pomóc, bo jesteśmy jednością, to ja jestem cząstką, która zapełnia czarną dziurę w jego umyśle. Tylko jak się do niego dostać...
- Gdzie ona jest?! – usłyszałam krzyk Tomka.
Alice tajemniczo się uśmiechnęła, czym jeszcze bardziej rozwścieczyła chłopaka. Natomiast Marcus rozejrzał się dookoła, sprawiał wrażenie spokojnego i wydawało mi się, że mnie wyczuwa.
- Ty mała wiedźmo... – powiedział zbliżając się do Alice.
- Nie jestem wiedźmą tylko elfem, a już na pewno nie jestem mała, jestem twojego wzrostu geniuszu.
Chłopak chciał ją chwycić, ale nie zdołał, bo miecz Marcusa znalazł się przy jego szyi.
- Jeszcze krok, a pożegnasz się z życiem – powiedział poważnie Marcus.
- Nie sądzę.
Niewiarygodne, nagle cały miecz zamarzł, a jego właściciel upuścił go i szybko odskoczył do tyłu.
- Masz moc, to jej użyj, a może bez Anastazji umiesz tylko grozić poćwiartowaniem na kawałki?
- Sam tego chciałeś.
Marcus wygiął palce i wziął głęboki oddech. Widziałam jak zbiera się w nim energia, którą po chwili uwolnił i w postaci elektrycznej kuli rzucił ją w stronę wroga. Tomek odskoczył, ale Marcus stworzył już kolejną i jeszcze następną kulę. Zaczął nimi rzucać z prędkością światła. Patrzyłam na to zafascynowana dopóki nie poczułam, że ciemność wyciąga po niego swoje macki. Nie nauczyli mnie jak mogę ją przegonić, więc po prostu swoją niewidzialną ręką dotknęłam jego serca i zaczęłam przelewać do niego swoją moc. Dzieliłam się tym co i tak było jego, dawałam mu siłę której potrzebował i odganiałam ciemność, która ciągle uparcie powracała.
Oczy Tomka zwęziły się podejrzliwie. On wiedział, albo domyślał się co robię.
- Na szczęście twoja babcia dała mi coś, co pomoże mi was od siebie oderwać – powiedział z przerażającą pewnością siebie.
Tomek wyciągnął z kieszeni stary naszyjnik, który posiadał niezwykły niebieski kamień. Zanim zdążyłam pomyśleć zapatrzyłam się na biżuterię, a przed moimi oczami stanęło wszystko co przez tak długi czas pozostawało przede mną ukryte.
Ateny, starożytność
Wpatruję się w Akropol. Czekam wystarczająco długo, powinien już wrócić. Chodzę w kółko i czuję na sobie wzrok otaczających mnie ludzi. Prawdopodobnie zastanawiają się co tutaj robię sama, bo przecież powinien mnie teraz ochraniać ktoś ze straży mojego ojca, albo mój głupi narzeczony na którego czekam od dobrej godziny.
Widzę zarys jego postaci dopiero, gdy słońce zaczyna zachodzić. Wolnym krokiem zmierza w moim kierunku, ale widzę, że ledwo powstrzymuje się przed podbiegnięciem do mnie.
- Na bogów, moja pani, jesteś coraz piękniejsza.
- Nie denerwuj mnie, spóźniłeś się.
Uśmiechnął się przebiegle i nagle zobaczyłam w jego dłoni nieoszlifowany kamień, którego nie umiałam nazwać.
- Nie rozumiem – mówię niepewnie.
- Dostałem go w sekrecie od jednego z członków starszyzny. Powiedział, że wyrocznia kazała nam odprawić rytuał dzięki któremu nie będą mogli oderwać naszych dusz od siebie.
- Czy to jest w ogóle możliwe?
- Tak, ale dzięki temu niespotykanemu kamieniowi zmienimy działanie zaklęcia.
- To nie ma sensu, teraz nikt nam nie zagraża, a zaklęcia nie przeskakują na inne życia.
- Owszem. Wyjątkiem jest ten rytuał i zaklęcie wymyślone przez wyrocznie oraz kamień poświęcony przez bogów.
- Co mam zrobić? – zapytałam, chociaż nie wierzyłam w autentyczność zaklęcia.
Irlandia około 500 r.
Patrzę na otaczające mnie góry, wdycham powietrze i zamieram. Czuję, że na mnie patrzy. Dostaję gęsiej skórki, więc mimowolnie pocieram swoje ramię dłonią. Nigdy nie wątpiłam w to, że mnie znajdzie. Tym razem czekałam na niego dłużej, ale w końcu mnie odnalazł.
Odwracam się i widzę wojownika, ma na sobie zbroję, która lśni w słońcu. Wygląda oszołamiająco i już nie mogę się doczekać aż będę mogła go dotknąć, usłyszeć jego głos, poczuć jego magię.
- Pani – mówi uśmiechając się do mnie łagodnie. – Jesteś piękniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.
Zdjął z szyi łańcuszek na którym wisiał pierścień z zielonym kamieniem. Wyciągnęłam w jego stronę lewą dłoń, a on włożył mi pierścień na palec.
- Kochana od tej chwili należymy do siebie – powiedział i ucałował moją rękę, rozbudzając przy tym wszystko co pozostawało we mnie uśpione. Namiętność, szczęście, magia i MIŁOŚĆ, to wszystko na nowo we mnie ożyło.
Rosja 1835 r.
Przede mną rozprzestrzeniał się widok na góry. Zima sprawiła, że stały się podobne do mojego serca – zimne i dumne. Myślałam o wszystkich straconych latach, które spędziłam na poszukiwaniu czegoś, co nie przyniosło mi niczego dobrego.
Rozmyślania zakłócił mi powiew zimnego powietrza na szyi. To był jego oddech, a już myślałam, że nie ma nic zimniejszego od mojego serca. Przymknęłam oczy i wyobraziłam sobie jego bursztynowe oczy. Pojawił się w moim życiu stosunkowo niedawno, a już zaczął wprowadzać w nim zmiany. Byłam i jestem bardzo wrażliwa na jego dotyk, oddech a nawet obecność. Czułam się bezsilna i jednocześnie silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Kochałam go. To słowo parzyło mnie w język, ale nie było kłamstwem. W momencie, gdy go poznałam, zrozumiałam, że nie mogę być wiecznie sama, a co ważniejsze nie chcę tego. Pragnę każdego dnia i każdej nocy być blisko swojego narzeczonego.
- Na szczęście twoja babcia dała mi coś, co pomoże mi was od siebie oderwać – powiedział z przerażającą pewnością siebie.
Tomek wyciągnął z kieszeni stary naszyjnik, który posiadał niezwykły niebieski kamień. Zanim zdążyłam pomyśleć zapatrzyłam się na biżuterię, a przed moimi oczami stanęło wszystko co przez tak długi czas pozostawało przede mną ukryte.
Ateny, starożytność
Wpatruję się w Akropol. Czekam wystarczająco długo, powinien już wrócić. Chodzę w kółko i czuję na sobie wzrok otaczających mnie ludzi. Prawdopodobnie zastanawiają się co tutaj robię sama, bo przecież powinien mnie teraz ochraniać ktoś ze straży mojego ojca, albo mój głupi narzeczony na którego czekam od dobrej godziny.
Widzę zarys jego postaci dopiero, gdy słońce zaczyna zachodzić. Wolnym krokiem zmierza w moim kierunku, ale widzę, że ledwo powstrzymuje się przed podbiegnięciem do mnie.
- Na bogów, moja pani, jesteś coraz piękniejsza.
- Nie denerwuj mnie, spóźniłeś się.
Uśmiechnął się przebiegle i nagle zobaczyłam w jego dłoni nieoszlifowany kamień, którego nie umiałam nazwać.
- Nie rozumiem – mówię niepewnie.
- Dostałem go w sekrecie od jednego z członków starszyzny. Powiedział, że wyrocznia kazała nam odprawić rytuał dzięki któremu nie będą mogli oderwać naszych dusz od siebie.
- Czy to jest w ogóle możliwe?
- Tak, ale dzięki temu niespotykanemu kamieniowi zmienimy działanie zaklęcia.
- To nie ma sensu, teraz nikt nam nie zagraża, a zaklęcia nie przeskakują na inne życia.
- Owszem. Wyjątkiem jest ten rytuał i zaklęcie wymyślone przez wyrocznie oraz kamień poświęcony przez bogów.
- Co mam zrobić? – zapytałam, chociaż nie wierzyłam w autentyczność zaklęcia.
Irlandia około 500 r.
Patrzę na otaczające mnie góry, wdycham powietrze i zamieram. Czuję, że na mnie patrzy. Dostaję gęsiej skórki, więc mimowolnie pocieram swoje ramię dłonią. Nigdy nie wątpiłam w to, że mnie znajdzie. Tym razem czekałam na niego dłużej, ale w końcu mnie odnalazł.
Odwracam się i widzę wojownika, ma na sobie zbroję, która lśni w słońcu. Wygląda oszołamiająco i już nie mogę się doczekać aż będę mogła go dotknąć, usłyszeć jego głos, poczuć jego magię.
- Pani – mówi uśmiechając się do mnie łagodnie. – Jesteś piękniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.
Zdjął z szyi łańcuszek na którym wisiał pierścień z zielonym kamieniem. Wyciągnęłam w jego stronę lewą dłoń, a on włożył mi pierścień na palec.
- Kochana od tej chwili należymy do siebie – powiedział i ucałował moją rękę, rozbudzając przy tym wszystko co pozostawało we mnie uśpione. Namiętność, szczęście, magia i MIŁOŚĆ, to wszystko na nowo we mnie ożyło.
Rosja 1835 r.
Przede mną rozprzestrzeniał się widok na góry. Zima sprawiła, że stały się podobne do mojego serca – zimne i dumne. Myślałam o wszystkich straconych latach, które spędziłam na poszukiwaniu czegoś, co nie przyniosło mi niczego dobrego.
Rozmyślania zakłócił mi powiew zimnego powietrza na szyi. To był jego oddech, a już myślałam, że nie ma nic zimniejszego od mojego serca. Przymknęłam oczy i wyobraziłam sobie jego bursztynowe oczy. Pojawił się w moim życiu stosunkowo niedawno, a już zaczął wprowadzać w nim zmiany. Byłam i jestem bardzo wrażliwa na jego dotyk, oddech a nawet obecność. Czułam się bezsilna i jednocześnie silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Kochałam go. To słowo parzyło mnie w język, ale nie było kłamstwem. W momencie, gdy go poznałam, zrozumiałam, że nie mogę być wiecznie sama, a co ważniejsze nie chcę tego. Pragnę każdego dnia i każdej nocy być blisko swojego narzeczonego.
Mediolan 1972 r.
- Amber, uspokój się, między nami nic nie zaszło! – krzyczał przeraźliwie głośno Anthony. Czułam, że jego słowa na zawsze zostaną na dnie mojego umysłu i będą go zatruwać swoim jadem.
- Jestem twoją żoną i tylko ja mam prawo do całowania cię. Nie upilnowałeś tego, więc to jest twoja wina, nie zamierzam tego znosić. Nienawidzę cię i już nigdy nie chcę z tobą być. Proszę, zostaw mnie w spokoju. No na co czekasz? Idź sobie!
Przestrzeń 1990 r.
Rozdzielamy się, widzę jak jego duch spada na Ziemię szybciej niż mój, co oznacza, że urodzi się wcześniej. Nie ważne, liczy się tylko to żebyśmy się odnaleźli.
Wrocław 2014 r.
Widzę Marcusa, ale nie jestem obok niego. Nie powinnam mieć tego wspomnienia, a jednak to widzę wyraźniej niż jakiekolwiek inne wspomnienie.
Marcus siedzi przed moim blokiem i zamyślony patrzy w moje okno. Teraz dostrzegam tam zarys postaci, mojej postaci. Siedzę na parapecie i patrzę na miasto nie zdając sobie sprawy z tego, że jestem obserwowana.
- Tak bardzo tęskniłem – mówi chociaż nikt nie może go usłyszeć. – Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo mi pomagasz, jesteś moim małym promykiem nadziei i siły, to dzięki tobie chcę być lepszy.
Siada na murku i ukrywa twarz w dłoniach. Chcę do niego podejść, pocieszyć go, ale nie mogę, bo mnie tam nie ma.
- Nie radziłem sobie, nadal sobie nie radzę. To wszystko mnie przerasta, jestem zły, naprawdę jestem zły bez ciebie. Wszyscy wmawiali sobie, że nie wiem o nas, więc nie poczuję różnicy, ale ja nie zapominam, pamiętam wszystko co nas spotkało i dlatego dziwię się, że ty tego nie pamiętasz. Jak mogłaś o mnie zapomnieć?
Unosi głowę i patrzy w gwiazdy.
- Kocham cię Anastazjo i zawsze cię kochałem.
Poczułam jak opadam na podłogę. Byłam lekka jak piórko, a przynajmniej tak się czułam. Uśmiechnęłam się do siebie wiedząc, że wszystko będzie dobrze. Tomek chciał nas rozdzielić, ale nie mógł tego zrobić, bo wieki temu razem z Marcusem rzuciliśmy na siebie zaklęcie ochronne. W całym pomieszczeniu, budynku czy świecie, wiedziałam o tym tylko ja i Marcus. Poczułam jak moje ciało zatrzymuje tymczasowo moje funkcje życiowe i czułam, że z moim ukochanym dzieje się to samo. Miałam tylko nadzieję, że Alice zrozumie co się stało i nie będzie się martwiła, bo to wszystko jest tylko stanem tymczasowym, mającym na celu zmylenie wroga.
Dwa dni później
Leżę w innym łóżku niż Marcus, ale znajdujemy się w tym samym pokoju. Ułożyli nas blisko siebie obawiając się, że będziemy potrzebowali swojej energii. Alice nie pozwala nikomu wejść do tego pokoju, więc osobiście się nami zajmuje. Podziwiam ją za to, jest dobrą przyjaciółką i strażniczką.
Nie mogę mówić, ale i tak słuchałam jak opowiedziała mi o przebłysku mojego wspomnienia, które nieświadomie jej wysłałam, to dzięki temu wiedziała co się z nami stało. Dziwiła się tylko, że aż tak źle to znosimy, myślała, że szybciej staniemy na nogi. Mówiła też o mojej babce, ponoć jej wpływy drastycznie wzrosły, jednak kazała mi się tym nie martwić i zapewniła, że jeszcze dopadniemy "wiedźmę, która udaje, że jest silna, a tak naprawdę walczy za pomocą swoich żałosnych naiwniaków, którzy myślą, że wszystko im wolno". Całe te czary mnie przerażały, ale najwyraźniej to one uratowały nam tyłki, cieszę się też, że to właśnie Alice została moją strażniczką, nie mogłabym sobie wymarzyć lepszej kandydatki na to miejsce.
A
________________________
I znowu akcja :-)
Obiecuję, że epilog będzie spokojny.
Zmieniłam zdanie i już dzisiaj możecie się zapoznać z prologiem na historia-strazniczki.blogspot.com
sobota, 14 marca 2015
15. Czasami prawda bywa bolesna
Ogień w kominku wydawał cudowne dźwięki, siedziałam skulona na kanapie i piłam gorącą czekoladę. Dawno nie miałam czasu na zwyczajne siedzenie i odpoczywanie bez zamartwiania się o moich bliskich.
Uwielbiałam spokój, był on bardzo kojący, szczególnie po wyczerpujących ćwiczeniach z Jacobem. Kochałam go, jest moim kuzynem i tak dalej, ale czasami go nienawidzę. Chwilami mam wrażenie, że chce po prostu pokazać swoją wyższość, co jest śmieszne, bo przecież cenię to co robi.
Otwierają się drzwi, a ja jęczę w duchu. Chciałam odpocząć, a oni znowu zawracają mi głowę.
Patrzę na spowitą cieniem postać i czuję jak zamiera mi serce. Moje ciało od razu na niego reaguje, ale nie tak jakbym się tego spodziewała – czuję ciarki na całym swoim ciele.
W ciągu ostatnich dni nie mieliśmy czasu na rozmowę, ale też jakoś specjalnie o nią nie zabiegaliśmy. Mało tego, myślę, że mnie unika. Nie robi tego ostentacyjnie, ale i tak czuję się urażona. Wydawało mi się, że jak wróci do zdrowia, to wszystko sobie wyjaśnimy, ale tak się nie stało.
- Coś się stało? – zapytałam czując nagle lęk.
Marcus odchylił się do tyłu i podrapał tył głowy. Nie wiedział co powiedzieć i zaczął się jąkać, dopiero po paru minutach nabrał powagi.
- Nie chciałem ci przeszkadzać, ale Alice wygoniła mnie z salonu. Krzyczała tak głośno, że dziwię się, że jej nie usłyszałaś. Tak czy siak, wyszło na to, że jestem idiotą, bo pozwalam ci się snuć samotnie po domu.
- Było mi tutaj dobrze.
- Rozumiem, ale nie o to mi chodziło – siada obok mnie i patrzy mi w oczy.
- Nie rozumiem...
Denerwuje się, dlaczego tak się zachowuje? To nie wróży niczego dobrego.
- Proszę, nie zrozum mnie źle, naprawdę mi się podobasz, a uczucie do ciebie jest chyba wpisane w moje magiczne DNA – śmieje się nerwowo.
- Nie klucz, mów o co chodzi.
- Jest powód dlaczego nie chciałem powiedzieć ci o sobie prawdy. Bałem się, że będziesz czuła obowiązek bycia przy mnie, a ja nie potrzebuję litości – ściska mnie mocno za rękę, ale nie jestem pewna dla którego z nas ten gest jest bardziej pokrzepiający – Wiem, że nie pamiętasz swoich, naszych poprzednich wcieleń i właśnie dlatego nie mogłem ci tego zrobić, bo miałabyś do mnie żal w momencie, gdy przypomnisz sobie przeszłość. A tak się stanie, jestem tego pewien. Jesteś bardzo zdolna, a moc kruka pozwala nam na bardzo dużo, zachowaliśmy w sobie dużo wiedzy i wspomnień.
- O czym ty mówisz?
- Annie, pamiętam każde twoje wcielenie, a szczególnie to ostatnie, które rozerwało mi serce.
- Co ci zrobiłam?
Marcus odwrócił ode mnie wzrok i zapatrzył się w tańczące na ścianie cienie.
- Wychowaliśmy się razem, a nasze rodziny do znudzenia przypominały nam jak ważni jesteśmy, doprowadzili do tego, że nie mogliśmy znieść swojego towarzystwa. Jak można było przypuszczać, długo tak nie wytrzymaliśmy i gdy tylko wróciłaś z Paryża, wzięliśmy ślub. To było szalone, ale nikt nam w tym nie przeszkodził, bo przecież znaliśmy się od wieków – przerywa, ale nie patrzy na mnie przez co czuję się jeszcze bardziej zagubiona – Pewnie się domyślasz, że nie udało nam się. Oboje popełniliśmy błędy, ale najgorsze było nieporozumienie, które zniszczyło nasze małżeństwo.
Wstaje i zaczyna nerwowo krążyć po pokoju, mam ochotę krzyknąć, żeby się uspokoił, ale nie robię tego i czekam w milczeniu na ciąg dalszy.
- Nigdy bym cię nie zdradził, ona to zaaranżowała. Przyszedłem do baru, żeby porozmawiać z Markiem. Nie układało mi się z tobą i potrzebowałem męskiego wieczoru, żeby to jakoś odreagować. Spóźniał się, bo miał jakieś problemy w pracy, więc zamówiłem przy barze piwo. Maggie była barmanką i zawsze zachowywała się jak wariatka, więc nie zwracałem uwagi na to co robi. W pewnym momencie złapała mnie za rękę, a kiedy podniosłem głowę, ona się do mnie przyssała. Widziałaś to i kiedy wróciłem do domu, twoich rzeczy już tam nie było. Bardzo szybko zaczęłaś spotykać się z jednym czarodziejem, którego od razu znienawidziłem. Nie mogłem znieść spotkań w jego towarzystwie, a chodziłaś z nim dosłownie wszędzie. W końcu miałem tego wszystkiego dosyć, zignorowałem swoje obowiązki i wyjechałem nie mówiąc o tym nikomu. Odnalazła mnie Alice, a właściwie jej poprzednie wcielenie. Wzięła mnie za fraki i wrzuciła do portalu nie pytając o moje uczucia, ani nie robiąc mi wyrzutów, po prostu mnie tam wrzuciła jak zwykłego śmiecia. Jak się okazało, moja nieobecność wywołała zamieszanie, zaczęły się dziać złe rzeczy, a ty nie mogłaś sobie z tym wszystkim poradzić.
- Rozumiem, że się nie dogadywaliśmy, ale co to ma wspólnego z teraźniejszością?
- Nie chcę cię znowu zmuszać do zaufania przeznaczeniu, nie chcę też, żebyś czuła się za mnie odpowiedzialna. Jestem wojownikiem, udowodniłem to nie jeden raz i w końcu nadszedł czas, żebyś też to zaakceptowała. Nie możesz mnie wiecznie bronić, ja też chcę być twoją podporą.
- Rozumiem, związek ze mną narusza twoje ego, bo jestem za silną kobietą - mówię.
Podchodzę do okna i przyglądam się uśpionemu miastu. To co mi właśnie powiedział nie jest tym co chciałam usłyszeć.
- Pamiętam nas – odzywam się nim zacznie mówić coś co mnie zdenerwuje – gdy byłeś uwięziony próbowałam się z tobą skontaktować, ale zamiast tego pochłonęły mnie wspomnienia. Czułam miłość i widziałam, że też mnie kochasz.
Odwracam się gwałtownie, a on się wzdryga. Nie wierzę, że to robię, po prostu nie mieści mi się to w głowie. W mgnieniu oka przemierzam pomieszczenie i staję naprzeciwko niego. Jest ode mnie wyższy, więc patrzę na niego z dołu. Staję na palcach i przytrzymuję się o jego ramiona. Patrzy na mnie błagalnie, nie chce żebym to robiła, ale nie pozostawił mi wyjścia.
Wolałabym zrobić to w innych okolicznościach, ale trudno, muszę mu coś uświadomić. Przybliżam się do niego i wdycham jego ciepły oddech, dotykam wargami jego ust i czuję jak przeszywa mnie prąd. Zachłannie odwzajemnia mój pocałunek, nie panuje nad sobą, a ja jestem zbyt oszołomiona, żeby zarejestrować wszystko co się dzieje. Przycisnął mnie do ściany ani na chwilę nie odrywając ode mnie swoich ust, które były niezwykle miękkie. Nigdy się z czymś takim nie spotkałam, zawsze całowałam mężczyzn, których usta były szorstkie, cienkie, popękane, ale nigdy miękkie. Mój mały mężczyzna miał idealne usta.
Oderwał się ode mnie i głośno dysząc przycisnął swoje czoło do mojego.
- Nie wmawiaj mi, że tego nie chcesz, bo chyba od samego początku widziałam w twoich oczach tęsknotę. Dopiero, gdy cię straciłam, zrozumiałam, że to za mną tęskniłeś.
Śmieje się i jest to naprawdę radosny śmiech, taki z tych, które sprawiają, że trzęsie się całe ciało. O tak, śmieje się całym sobą.
- Mój śliczny aniele, nie powiedziałem, że za tobą nie tęsknie. Chcę dać ci czas, żebyś naprawdę mnie poznała.
- Znam cię.
Jego radość momentalnie wyparowuje. Prostuje się i choć jest to mały ruch, to mam wrażenie, że nagle rozdzieliły nas miliardy kilometrów.
- Nieprawda – odpowiada oschle.
Wychodzi. On naprawdę wychodzi, po takim pocałunku!
Nie zamierzałam zostać w tym pokoju ani chwili dłużej, więc od razu pobiegłam na dach. Jakiś czas temu odkryłam ukryte drzwi, które prowadziły na poddasze, a z niego prosto na ukryty wśród fikuśnych skrzywień dachu, taras. Nie był on zadbany, bo pewnie wszyscy o nim zapomnieli, ale dla mnie to miejsce było idealne, a dodatkowym plusem było to, że nikt nie mógł mnie tutaj znaleźć.
Ostrożnie położyłam się na betonowej części dachu i spojrzałam w niebo. Rezydencja znajdowała się na obrzeżach miasta, więc zbędne światła nie psuły mi widoku nocnego nieba. Kochałam gwiazdy, były takie spokojne i niewinne, że nie pasowały do tego okrutnego świata.
- Wiedziałem, że cię tutaj znajdę.
Odwracam się gwałtownie i widzę tylko zarys postaci. Tak naprawdę, to powinnam umieć go wyczuć, ale jeszcze się tego nie nauczyłam.
Powinnam się zapytać jakim cudem mnie znalazł, ale nie mam ochoty na rozmowy więc mówię tylko:
- Chcę zostać sama.
Siada obok mnie. Nie pyta się o pozwolenie, po prostu siada wdzierając się w moją przestrzeń osobistą. Dotyka mojego podbródka i unosi mi głowę na tyle wysoko, żebym mogła na niego spojrzeć.
- Jesteśmy rodziną, nie mogę bezczynnie patrzeć jak cierpisz przez jakiegoś dupka.
- On nie jest dupkiem.
Przewraca oczami, a ja się lekko uśmiecham. Ten gest jest mój, zawsze miałam problemy z zapanowaniem nad tym, przez co często wpadałam w tarapaty. Nadal pamiętam jak nauczycielka od matematyki wściekła się, że przewracałam oczami podczas jej długiego wywodu na temat starożytności. To naprawdę nie była moja wina, a ten niewinny gest i tak był niczym w porównaniu do tego co cisnęło mi się na usta. Naprawdę, jak można streszczać historię Grecji na matematyce?!
- O! Jak dobrze, że już się uśmiechasz – uszczypnął mnie w policzki, tak jak to robią stare ciotki.
- Nienawidzę cię – warknęłam i na potwierdzenie moich słów odwróciłam się do niego plecami.
Nie musiałam długo czekać, żeby poczuć jak Jacob otula mnie swoimi ramionami. To było najmilsze co mógł teraz zrobić. Poczułam się jak w domu, miałam wrażenie, że nic mi nie grozi. Nie mogąc się powstrzymać zaczęłam płakać nad moim pechem do mężczyzn, losem białego kruka, mocami. Miałam dosyć, ale płacz sprawił, że trochę mi ulżyło.
- Dziękuję – szepnęłam wtulając się w pierś Jacoba.
- Nie dziękuj kuzynko. Od tego jestem, proszę nie zapominaj o tym.
Niesamowite, kto by pomyślał, że taki uparciuch i zgreda jest też wrażliwy.
- Marcus myśli, że robi mi przysługę, ale tak nie jest. Dlaczego tego nie rozumie?!
- Kuzyneczko, to nie jest takie proste. Czasami po prostu wiemy o czymś co nie pozwala nam popełnić błędów i nieważne jak bardzo tego chcemy, to po prostu nie możemy tego zrobić.
- Dlaczego?
- Bo mamy świadomość, że od naszych decyzji zależy również życie innych. To dlatego nie mogę dać porwać się emocjom.
- Ty nie możesz?
Widocznie nie zdawał sobie sprawy z tego co powiedział, bo teraz był przerażony. Nie wiem co za sekret nosił w sobie, ale właśnie odkryłam rysę na skorupie jaką wokół siebie zbudował.
- Nieważne.
Odgarnął mi włosy z twarzy, ale nic więcej nie powiedział. Chwyciłam go ręce i spojrzałam mu głęboko w oczy.
- Proszę, zaufaj mi. Możesz być ze mną szczery.
Westchnął i położył się na betonie. Patrzył na gwiazdy w milczeniu i gdy myślałam, że już nic nie powie, usłyszałam jego zachrypnięty głos:
- Kochałem ją, naprawdę ją kochałem, ale musiałem ją zranić. Nawet nie wiesz ile wysiłku mnie to kosztowało. Patrzyłem na jej łzy, widziałem jak ból zmienia się w nienawiść i to wszystko było straszne, jednak najgorszy był moment, gdy zrozumiałem, że ciepło w jej oczach zgasło z mojej winy. Nigdy sobie tego nie wybaczę.
- Co takiego stanęło wam na drodze?
- Tak naprawdę mógłbym złamać wszystkie zasady, ale ona była jedyną dziedziczką tronu i nie mogłem pozwolić na to, żeby władza dostała się w ręce kogoś innego.
- Rozmawiałeś z nią o tym?
- Nie, nigdy nie zdradziłem swoich uczuć. Nie uwierzysz jakie to trudne odmawiać sobie choćby chwili zapomnienia. To wszystko było dla mnie nieosiągalne, bo gdyby się dowiedziała o tym co do niej czuję, to rzuciłaby wszystko.
- Skąd ta pewność?
Uśmiechnął się słodko-gorzko.
- Będzie dobrą królową, ale nigdy nie ukrywała, że nienawidzi dworskiego życia. Złamała wiele zasad, ale niewystarczająco, żeby się jej wyrzekli. Dla niej niczym byłoby pozbycie się tytułu, za to dla jej poddanych to byłby początek złych czasów. Następni w kolejce do tronu są straszni intryganci, więc bez mojej pomocy jej pozycja nie jest stabilna. Strach pomyśleć co by się stało, gdyby to oni objęli władzę.
- Biedactwo – powiedziałam – teraz przynajmniej wiem dlaczego nie zwracałeś uwagi na Alice.
- Co? – wychrypiał.
Przyjrzałam się mu uważniej. Unikał kontaktu wzrokowego, nerwowo zacisnął dłonie w pięści i mogłabym przysiąc, że ma przyśpieszony puls.
Nie wierzę, po prostu w to nie wierzę.
- To Alice?!
- Proszę, nie mów jej tego – błagał.
- A co mam zrobić i od kiedy ona należy do królewskiego rodu?!
- Musisz zachować to w sekrecie, a jej pochodzenie nie jest tajemnicą, jest elfią królewną.
- No to wszystko jest jasne – powiedziałam ironicznie, zeszłam z dachu i trzaskałam każdymi drzwiami jakie stanęły na mojej drodze.
Chciałam się uspokoić, a on dodał mi jedynie kolejny temat do rozmyśleń. Faceci są okropni.
Uwielbiałam spokój, był on bardzo kojący, szczególnie po wyczerpujących ćwiczeniach z Jacobem. Kochałam go, jest moim kuzynem i tak dalej, ale czasami go nienawidzę. Chwilami mam wrażenie, że chce po prostu pokazać swoją wyższość, co jest śmieszne, bo przecież cenię to co robi.
Otwierają się drzwi, a ja jęczę w duchu. Chciałam odpocząć, a oni znowu zawracają mi głowę.
Patrzę na spowitą cieniem postać i czuję jak zamiera mi serce. Moje ciało od razu na niego reaguje, ale nie tak jakbym się tego spodziewała – czuję ciarki na całym swoim ciele.
W ciągu ostatnich dni nie mieliśmy czasu na rozmowę, ale też jakoś specjalnie o nią nie zabiegaliśmy. Mało tego, myślę, że mnie unika. Nie robi tego ostentacyjnie, ale i tak czuję się urażona. Wydawało mi się, że jak wróci do zdrowia, to wszystko sobie wyjaśnimy, ale tak się nie stało.
- Coś się stało? – zapytałam czując nagle lęk.
Marcus odchylił się do tyłu i podrapał tył głowy. Nie wiedział co powiedzieć i zaczął się jąkać, dopiero po paru minutach nabrał powagi.
- Nie chciałem ci przeszkadzać, ale Alice wygoniła mnie z salonu. Krzyczała tak głośno, że dziwię się, że jej nie usłyszałaś. Tak czy siak, wyszło na to, że jestem idiotą, bo pozwalam ci się snuć samotnie po domu.
- Było mi tutaj dobrze.
- Rozumiem, ale nie o to mi chodziło – siada obok mnie i patrzy mi w oczy.
- Nie rozumiem...
Denerwuje się, dlaczego tak się zachowuje? To nie wróży niczego dobrego.
- Proszę, nie zrozum mnie źle, naprawdę mi się podobasz, a uczucie do ciebie jest chyba wpisane w moje magiczne DNA – śmieje się nerwowo.
- Nie klucz, mów o co chodzi.
- Jest powód dlaczego nie chciałem powiedzieć ci o sobie prawdy. Bałem się, że będziesz czuła obowiązek bycia przy mnie, a ja nie potrzebuję litości – ściska mnie mocno za rękę, ale nie jestem pewna dla którego z nas ten gest jest bardziej pokrzepiający – Wiem, że nie pamiętasz swoich, naszych poprzednich wcieleń i właśnie dlatego nie mogłem ci tego zrobić, bo miałabyś do mnie żal w momencie, gdy przypomnisz sobie przeszłość. A tak się stanie, jestem tego pewien. Jesteś bardzo zdolna, a moc kruka pozwala nam na bardzo dużo, zachowaliśmy w sobie dużo wiedzy i wspomnień.
- O czym ty mówisz?
- Annie, pamiętam każde twoje wcielenie, a szczególnie to ostatnie, które rozerwało mi serce.
- Co ci zrobiłam?
Marcus odwrócił ode mnie wzrok i zapatrzył się w tańczące na ścianie cienie.
- Wychowaliśmy się razem, a nasze rodziny do znudzenia przypominały nam jak ważni jesteśmy, doprowadzili do tego, że nie mogliśmy znieść swojego towarzystwa. Jak można było przypuszczać, długo tak nie wytrzymaliśmy i gdy tylko wróciłaś z Paryża, wzięliśmy ślub. To było szalone, ale nikt nam w tym nie przeszkodził, bo przecież znaliśmy się od wieków – przerywa, ale nie patrzy na mnie przez co czuję się jeszcze bardziej zagubiona – Pewnie się domyślasz, że nie udało nam się. Oboje popełniliśmy błędy, ale najgorsze było nieporozumienie, które zniszczyło nasze małżeństwo.
Wstaje i zaczyna nerwowo krążyć po pokoju, mam ochotę krzyknąć, żeby się uspokoił, ale nie robię tego i czekam w milczeniu na ciąg dalszy.
- Nigdy bym cię nie zdradził, ona to zaaranżowała. Przyszedłem do baru, żeby porozmawiać z Markiem. Nie układało mi się z tobą i potrzebowałem męskiego wieczoru, żeby to jakoś odreagować. Spóźniał się, bo miał jakieś problemy w pracy, więc zamówiłem przy barze piwo. Maggie była barmanką i zawsze zachowywała się jak wariatka, więc nie zwracałem uwagi na to co robi. W pewnym momencie złapała mnie za rękę, a kiedy podniosłem głowę, ona się do mnie przyssała. Widziałaś to i kiedy wróciłem do domu, twoich rzeczy już tam nie było. Bardzo szybko zaczęłaś spotykać się z jednym czarodziejem, którego od razu znienawidziłem. Nie mogłem znieść spotkań w jego towarzystwie, a chodziłaś z nim dosłownie wszędzie. W końcu miałem tego wszystkiego dosyć, zignorowałem swoje obowiązki i wyjechałem nie mówiąc o tym nikomu. Odnalazła mnie Alice, a właściwie jej poprzednie wcielenie. Wzięła mnie za fraki i wrzuciła do portalu nie pytając o moje uczucia, ani nie robiąc mi wyrzutów, po prostu mnie tam wrzuciła jak zwykłego śmiecia. Jak się okazało, moja nieobecność wywołała zamieszanie, zaczęły się dziać złe rzeczy, a ty nie mogłaś sobie z tym wszystkim poradzić.
- Rozumiem, że się nie dogadywaliśmy, ale co to ma wspólnego z teraźniejszością?
- Nie chcę cię znowu zmuszać do zaufania przeznaczeniu, nie chcę też, żebyś czuła się za mnie odpowiedzialna. Jestem wojownikiem, udowodniłem to nie jeden raz i w końcu nadszedł czas, żebyś też to zaakceptowała. Nie możesz mnie wiecznie bronić, ja też chcę być twoją podporą.
- Rozumiem, związek ze mną narusza twoje ego, bo jestem za silną kobietą - mówię.
Podchodzę do okna i przyglądam się uśpionemu miastu. To co mi właśnie powiedział nie jest tym co chciałam usłyszeć.
- Pamiętam nas – odzywam się nim zacznie mówić coś co mnie zdenerwuje – gdy byłeś uwięziony próbowałam się z tobą skontaktować, ale zamiast tego pochłonęły mnie wspomnienia. Czułam miłość i widziałam, że też mnie kochasz.
Odwracam się gwałtownie, a on się wzdryga. Nie wierzę, że to robię, po prostu nie mieści mi się to w głowie. W mgnieniu oka przemierzam pomieszczenie i staję naprzeciwko niego. Jest ode mnie wyższy, więc patrzę na niego z dołu. Staję na palcach i przytrzymuję się o jego ramiona. Patrzy na mnie błagalnie, nie chce żebym to robiła, ale nie pozostawił mi wyjścia.
Wolałabym zrobić to w innych okolicznościach, ale trudno, muszę mu coś uświadomić. Przybliżam się do niego i wdycham jego ciepły oddech, dotykam wargami jego ust i czuję jak przeszywa mnie prąd. Zachłannie odwzajemnia mój pocałunek, nie panuje nad sobą, a ja jestem zbyt oszołomiona, żeby zarejestrować wszystko co się dzieje. Przycisnął mnie do ściany ani na chwilę nie odrywając ode mnie swoich ust, które były niezwykle miękkie. Nigdy się z czymś takim nie spotkałam, zawsze całowałam mężczyzn, których usta były szorstkie, cienkie, popękane, ale nigdy miękkie. Mój mały mężczyzna miał idealne usta.
Oderwał się ode mnie i głośno dysząc przycisnął swoje czoło do mojego.
- Nie wmawiaj mi, że tego nie chcesz, bo chyba od samego początku widziałam w twoich oczach tęsknotę. Dopiero, gdy cię straciłam, zrozumiałam, że to za mną tęskniłeś.
Śmieje się i jest to naprawdę radosny śmiech, taki z tych, które sprawiają, że trzęsie się całe ciało. O tak, śmieje się całym sobą.
- Mój śliczny aniele, nie powiedziałem, że za tobą nie tęsknie. Chcę dać ci czas, żebyś naprawdę mnie poznała.
- Znam cię.
Jego radość momentalnie wyparowuje. Prostuje się i choć jest to mały ruch, to mam wrażenie, że nagle rozdzieliły nas miliardy kilometrów.
- Nieprawda – odpowiada oschle.
Wychodzi. On naprawdę wychodzi, po takim pocałunku!
Nie zamierzałam zostać w tym pokoju ani chwili dłużej, więc od razu pobiegłam na dach. Jakiś czas temu odkryłam ukryte drzwi, które prowadziły na poddasze, a z niego prosto na ukryty wśród fikuśnych skrzywień dachu, taras. Nie był on zadbany, bo pewnie wszyscy o nim zapomnieli, ale dla mnie to miejsce było idealne, a dodatkowym plusem było to, że nikt nie mógł mnie tutaj znaleźć.
Ostrożnie położyłam się na betonowej części dachu i spojrzałam w niebo. Rezydencja znajdowała się na obrzeżach miasta, więc zbędne światła nie psuły mi widoku nocnego nieba. Kochałam gwiazdy, były takie spokojne i niewinne, że nie pasowały do tego okrutnego świata.
- Wiedziałem, że cię tutaj znajdę.
Odwracam się gwałtownie i widzę tylko zarys postaci. Tak naprawdę, to powinnam umieć go wyczuć, ale jeszcze się tego nie nauczyłam.
Powinnam się zapytać jakim cudem mnie znalazł, ale nie mam ochoty na rozmowy więc mówię tylko:
- Chcę zostać sama.
Siada obok mnie. Nie pyta się o pozwolenie, po prostu siada wdzierając się w moją przestrzeń osobistą. Dotyka mojego podbródka i unosi mi głowę na tyle wysoko, żebym mogła na niego spojrzeć.
- Jesteśmy rodziną, nie mogę bezczynnie patrzeć jak cierpisz przez jakiegoś dupka.
- On nie jest dupkiem.
Przewraca oczami, a ja się lekko uśmiecham. Ten gest jest mój, zawsze miałam problemy z zapanowaniem nad tym, przez co często wpadałam w tarapaty. Nadal pamiętam jak nauczycielka od matematyki wściekła się, że przewracałam oczami podczas jej długiego wywodu na temat starożytności. To naprawdę nie była moja wina, a ten niewinny gest i tak był niczym w porównaniu do tego co cisnęło mi się na usta. Naprawdę, jak można streszczać historię Grecji na matematyce?!
- O! Jak dobrze, że już się uśmiechasz – uszczypnął mnie w policzki, tak jak to robią stare ciotki.
- Nienawidzę cię – warknęłam i na potwierdzenie moich słów odwróciłam się do niego plecami.
Nie musiałam długo czekać, żeby poczuć jak Jacob otula mnie swoimi ramionami. To było najmilsze co mógł teraz zrobić. Poczułam się jak w domu, miałam wrażenie, że nic mi nie grozi. Nie mogąc się powstrzymać zaczęłam płakać nad moim pechem do mężczyzn, losem białego kruka, mocami. Miałam dosyć, ale płacz sprawił, że trochę mi ulżyło.
- Dziękuję – szepnęłam wtulając się w pierś Jacoba.
- Nie dziękuj kuzynko. Od tego jestem, proszę nie zapominaj o tym.
Niesamowite, kto by pomyślał, że taki uparciuch i zgreda jest też wrażliwy.
- Marcus myśli, że robi mi przysługę, ale tak nie jest. Dlaczego tego nie rozumie?!
- Kuzyneczko, to nie jest takie proste. Czasami po prostu wiemy o czymś co nie pozwala nam popełnić błędów i nieważne jak bardzo tego chcemy, to po prostu nie możemy tego zrobić.
- Dlaczego?
- Bo mamy świadomość, że od naszych decyzji zależy również życie innych. To dlatego nie mogę dać porwać się emocjom.
- Ty nie możesz?
Widocznie nie zdawał sobie sprawy z tego co powiedział, bo teraz był przerażony. Nie wiem co za sekret nosił w sobie, ale właśnie odkryłam rysę na skorupie jaką wokół siebie zbudował.
- Nieważne.
Odgarnął mi włosy z twarzy, ale nic więcej nie powiedział. Chwyciłam go ręce i spojrzałam mu głęboko w oczy.
- Proszę, zaufaj mi. Możesz być ze mną szczery.
Westchnął i położył się na betonie. Patrzył na gwiazdy w milczeniu i gdy myślałam, że już nic nie powie, usłyszałam jego zachrypnięty głos:
- Kochałem ją, naprawdę ją kochałem, ale musiałem ją zranić. Nawet nie wiesz ile wysiłku mnie to kosztowało. Patrzyłem na jej łzy, widziałem jak ból zmienia się w nienawiść i to wszystko było straszne, jednak najgorszy był moment, gdy zrozumiałem, że ciepło w jej oczach zgasło z mojej winy. Nigdy sobie tego nie wybaczę.
- Co takiego stanęło wam na drodze?
- Tak naprawdę mógłbym złamać wszystkie zasady, ale ona była jedyną dziedziczką tronu i nie mogłem pozwolić na to, żeby władza dostała się w ręce kogoś innego.
- Rozmawiałeś z nią o tym?
- Nie, nigdy nie zdradziłem swoich uczuć. Nie uwierzysz jakie to trudne odmawiać sobie choćby chwili zapomnienia. To wszystko było dla mnie nieosiągalne, bo gdyby się dowiedziała o tym co do niej czuję, to rzuciłaby wszystko.
- Skąd ta pewność?
Uśmiechnął się słodko-gorzko.
- Będzie dobrą królową, ale nigdy nie ukrywała, że nienawidzi dworskiego życia. Złamała wiele zasad, ale niewystarczająco, żeby się jej wyrzekli. Dla niej niczym byłoby pozbycie się tytułu, za to dla jej poddanych to byłby początek złych czasów. Następni w kolejce do tronu są straszni intryganci, więc bez mojej pomocy jej pozycja nie jest stabilna. Strach pomyśleć co by się stało, gdyby to oni objęli władzę.
- Biedactwo – powiedziałam – teraz przynajmniej wiem dlaczego nie zwracałeś uwagi na Alice.
- Co? – wychrypiał.
Przyjrzałam się mu uważniej. Unikał kontaktu wzrokowego, nerwowo zacisnął dłonie w pięści i mogłabym przysiąc, że ma przyśpieszony puls.
Nie wierzę, po prostu w to nie wierzę.
- To Alice?!
- Proszę, nie mów jej tego – błagał.
- A co mam zrobić i od kiedy ona należy do królewskiego rodu?!
- Musisz zachować to w sekrecie, a jej pochodzenie nie jest tajemnicą, jest elfią królewną.
- No to wszystko jest jasne – powiedziałam ironicznie, zeszłam z dachu i trzaskałam każdymi drzwiami jakie stanęły na mojej drodze.
Chciałam się uspokoić, a on dodał mi jedynie kolejny temat do rozmyśleń. Faceci są okropni.
A
__________
Taki spokojny rozdział...
Melancholijny nastrój nie odpuszcza :-)
Melancholijny nastrój nie odpuszcza :-)
piątek, 6 marca 2015
14. Nie ma to jak w domu
- Annie musisz odpocząć, idź weź prysznic, a ja go przypilnuję.
Spojrzałam na nią urażona, ale najwyraźniej nie zrobiło to na niej wrażenia.
- Sugerujesz, że śmierdzę?
- Tak, bardzo cuchniesz i musisz się umyć.
Obwąchuje powietrze dookoła niczym piec i mówię:
- Nic nie czuję.
- Wynocha! – Wrzasnęła Alice – Możesz tak sobie pogrywać z Jacobem, ale JA NIM NIE JESTEM! Nie pomożesz Marcusowi, jeżeli nie będziesz opuszczała tego pokoju przez cały dzień. Nie proszę o wiele, chociaż pół godziny. Wejdź pod ten cholerny prysznic i uspokój swoje neurozy, bo nikt nie chce patrzeć na twoje załamania nerwowe.
- Dobrze – odpowiadam.
Jest zaskoczona, nie spodziewała się mojej uległości, co jest śmieszne, bo przed chwilą właśnie tego ode mnie żądała.
Puszczam dłoń Marcusa i wychodzę z pokoju. Idę długimi korytarzami, a mijane osoby przyglądają mi się z niemym przerażeniem. Nie chcę się nawet zastanawiać nad tym, co siedzi w ich głowach, dlaczego tak się zachowują. Wchodzę do mojego pokoju i biorę z szafy dres, który niedbale rzucam na szafkę w łazience. Rozbieram się i odkręcam wodę, która leci strumieniami z deszczownicy.
Wdech i wydech.
Wdech i wydech.
Wchodzę pod prysznic i zamykam oczy. Zimna woda smaga moje ciało i choć sama w to nie wierzę, to czuję jak się uspokajam.
Stoję i wsłuchuję się w szum wody, aż do chwili, gdy słyszę natarczywe pukanie do drzwi.
- Siedzisz tam już godzinę, wszystko w porządku? - Jacob sprawia wrażenie zmartwionego.
- Najpierw każecie mi się wykąpać, a potem narzekacie, że za długo tutaj siedzę. Zdecydujcie się wreszcie!
Siadam na wannie i ślepo patrzę w podłogę, próbuję sobie poukładać wydarzenia ostatnich kilkunastu godzin. Dokonaliśmy niemożliwego, odzyskaliśmy Marcusa i wyszliśmy z tego cało, ale zrobiliśmy to trochę za późno. Nie wiem, co oni z nim robili, ale na całym ciele ma siniaki oraz rany.
Chce mi się płakać.
Nie obchodziło ich jego zdrowie, znęcali się nad nim i to z mojego powodu. Zacisnęłam pięści. Już więcej go nie tkną, nie pozwolę na to.
Był przytomny, pomógł ci.
Nieproszona, niemalże obca myśl pojawia się w moim umyśle i wszystko zmienia. On naprawdę był przytomny, zemdlał dopiero po tym jak podzielił się ze mną swoją mocą, żeby złamać zaklęcie...
Nie wierzę...
Nie, nie, nie.
Ubieram szybko dres i otwieram drzwi, ale od razu wpadam na Jacoba, który warował przy nich niczym pies. Odepchnęłam go i wybiegłam na korytarz, nie miałam czasu na zawracanie sobie głowy takimi bzdurami. Biegłam, biegłam jakby od tego zależało wszystko, co kiedykolwiek miało dla mnie znaczenie i poniekąd tak właśnie było. Wszystko się zmieniło, dopiero teraz zrozumiałam co się stało i musiałam to jak najszybciej naprawić.
Zatrzymuję się na chwilę przed drzwiami jego pokoju i waham się.
A co jeśli się mylę? Nie, nie mogę tak myśleć, muszę mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
W pokoju widzę Alice, która siedzi na podłodze w pozycji lotosu, otwiera jedno oko i patrzy na mnie, ale nie rusza się z miejsca.
- Jego magia jest osłabiona, próbowałam wezwać Olive, jego strażniczkę, ale nie mogę nawiązać z nią kontaktu. Oczywiście może mieć mi za złe, że kiedyś podpaliłam jej włosy, ale Marcus jest jej podopiecznym, powinna już dawno tutaj przybyć.
Wyginam nerwowo palce, co nie uchodzi uwadze Alice.
- Ty coś wiesz – mówi.
- Muszę coś zrobić.
Siadam na łóżku obok Marcusa i przyglądam się jego zdeformowanym rysom twarzy, delikatnie dotykam szramy na jego policzku.
Zamykam oczy i wyobrażam sobie swoją energie; jest ciepła i jasna, bardzo jasna, czuję jej ciepło. A teraz chcę, żeby poczuł je Marcus, moja połówka, mój rycerz, którego muszę chronić.
Wyobrażam sobie iskierki, które wędrują do jego ciała i rozchodzą się po całej jego powierzchni, przelewam swoją moc do jego wnętrza i dopiero wtedy czuję spokój. Nagle wszystko staje się harmonią. Kładę się obok niego na łóżku i splatam nasze palce.
Zasypiam.
- Anastazjo, obudź się – słyszę jego słodki głos, ale nie otwieram oczu, boję się, że to tylko sen.
Pierś Marcusa zaczyna coraz gwałtowniej podnosić się i opadać, czuję jak jego oddech unosi do góry krótkie włosy mojej grzywki i już wiem. On się obudził, on naprawdę się obudził.
Otwieram oczy i zaspana próbuję się mu przyjrzeć. Błądzi po pokoju zagubionym wzrokiem, jednak zawzięcie unika patrzenia na mnie. Nadal czuję jego rękę zaciśniętą na mojej tali, więc albo nie zdaje sobie z tego sprawy, albo ma jakieś zaburzenia skoro mnie dotyka, a nie chce na mnie patrzeć..
- Bardzo się o ciebie bałam – mówię, a on patrzy na mnie zdziwiony.
Drapie się po głowie i dopiero wtedy zauważa, że mnie obejmuje, szybko zabiera swoją rękę i robi się czerwony na twarzy.
- Zachowujesz się jakbyśmy mieli po dwanaście lat.
- Anastazjo – bierze mnie za rękę i po raz pierwszy patrzy mi w oczy – jestem zdezorientowany, nie wiem co się stało, pamiętam jedynie pobyt w lochach.
- Kto cię uwięził?
Krzywi się, robi to w tak uroczy sposób, że z trudem powstrzymuję uśmiech.
- Nie wiem kto za tym tak naprawdę stoi, ale porwały mnie elfy, a torturowali ludzie. Dzieje się coś złego, jeszcze nigdy nie wykorzystywali do walki ludzi.
- Jacob pewnie zastanawia się nad tym samym.
- JACOB?
Nie rozumiem reakcji Marcusa, przecież to mój kuzyn, więc powinien być przy mnie w tak trudnym czasie.
- Tak, Alice go ściągnęła po to, żeby mógł mnie nauczyć panowania nad mocą.
- Skoro to zrobiła, to musiało być naprawdę źle.
Wstał i podszedł do szafy, przerzucał jeansy jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie, a przecież torturowano go, był na granicy wytrzymałości, prawie go straciłam...
- Rozumiem, że trzymają się od siebie z daleka?
- Nie, Alice jest moją strażniczką, więc spędzają ze sobą dużo czasu.
Marcus znieruchomiał, a w pokoju nastała przerażająca cisza.
- Ona była strażniczką mojej siostry, to niemożliwe...
- Ty nie wiesz – powiedziałam i zakryłam usta dłońmi.
Za dużo mówiłam, nie powinien się teraz denerwować, przecież dopiero doszedł do siebie po torturach, jakie mu urządzili porywacze.
Odwrócił się wolno i podszedł do mnie. Nie chciałam patrzeć mu w oczy, więc kucnął naprzeciwko i złapał mnie za ręce.
- Pamiętasz Tomka? Jak się okazało nie jest pierwszym lepszym pionkiem, on wie o was bardzo dużo. Znał Lorette i mówił rzeczy, które bardzo wstrząsnęły Alice...
- O czym ty mówisz?!
- Loretta odkryła, że moja babka kontroluje nasze życie, wiedziała o nas i nie chciała doprowadzić do naszego poznania. Twoja siostra ponoć zaczęła dociekać prawdy na własną rękę, Tomek obwiniał Alice, że jej nie powstrzymała, ale przecież ona jest strażniczką, a nie nianią.
Zamilkliśmy, a ja zaczęłam walczyć ze swoimi myślami, nie wiedziałam jak dużo mogę mu powiedzieć.
- Powiedz to, przecież widzę, że jest coś więcej.
- Tomek twierdzi, że przyczyna śmierci Loretty jest nieco inna niż myślicie... – patrzę na ptaki latające za oknem i próbuję się uspokoić – według niego odprawiła rytuał i podzieliła się swoją mocą z nami. Nie rozumiem tego, może Jacob, ci to lepiej wytłumaczy, bo był przy tej rozmowie.
- Nie ma mnie parę dni, a tutaj wszystko się sypie.
Ukrywa twarz w dłoniach, ale nie płacze, właściwie to mogę się tylko domyślać, co się z nim dzieje. Boję się go dotknąć, ale nie mogę stąd wyjść, bo chcę, żeby miał we mnie oparcie, więc czekam. I czekam, aż słońce zachodzi i zaczyna się robić ciemno.
- Jak Alice to znosi?
Nie rozumiem, co ma na myśli, przecież rozmawialiśmy o jego siostrze, a nie Alice.
- O czym ty mówisz?
Przygląda mi się, a po chwili na jego twarzy pojawia się zaskoczenie.
- Nie wierzę, że ci nie powiedziała. Jacob jest jej nieszczęśliwą miłością, bardzo go pokochała, ale on był dla niej wiecznie zimny i oschły. Z jednej strony i tak nie mogliby być razem, ale jego niechęć upokorzyła Alice. Nie raz zastanawialiśmy się z Lorettą czy on naprawdę nie widzi jej zadurzenia, czy po prostu udaje głupiego.
- Myślałam, że ona go po prostu nie lubi. Na początku po jego przyjeździe nie mogła wytrzymać długo w tym samym pomieszczeniu co on, ale gdy odkryła, że jest moją strażniczką, to się zmieniła. Zaczęła się rządzić i pokazywać mu, że jest ważna.
- Chcę to zobaczyć – zaśmiał się – schodzimy na kolację.
Idzie do drzwi, ale staje zanim naciska klamkę.
- A tak właściwie, to gdzie jesteśmy? – Pyta.
- W naszym nowym domu – dziwnie to zabrzmiało, więc szybko się poprawiłam – mieszkamy tutaj we czwórkę, oprócz nas jest tutaj też mnóstwo służby, na której nie robią wrażenia podpalenia, albo tunele otwierane na środku pokoju.
Marcus śmieje się i kręci głową.
- Skoro są w kryjówce, to znaczy, że niejedno widzieli i mało rzeczy może ich zaskoczyć.
W jadalni była już pozostała część naszej paczki, oczywiście Alice i Jacob siedzieli daleko od siebie. To dziwne, że dopiero teraz zauważyłam ich zachowanie. Nie – poprawiam się w myślach – zauważyłam to zachowanie już wcześniej, ale wtedy nie mogłam tego zrozumieć.
- Nie powinieneś wstawać, mogłam ci przynieść kolację do pokoju - powiedziała zmartwiona Alice.
I pomyśleć, że przed porwaniem ledwo tolerowała jego obecność.
- Chciałem się z wami zobaczyć – spojrzał na mnie i delikatnie się uśmiechnął – Anastazja powiedziała, że do nas przybyłeś – zwrócił się do Jacoba – jestem ci za to wdzięczny, ale wolałbym, gdybyś nie ingerował za bardzo w życie dziewcząt.
- Nie rozumiem, co masz na myśli.
- Mieszkamy pod jednym dachem, a chyba oboje pamiętamy jak to się skończyło ostatnim razem.
Jacob zgrzytnął zębami, ale nic nie powiedział, po prostu zaczął jeść kolację.
O czymś mi nie powiedzieli, a teraz jestem bardzo ciekawa, co takiego stało się w domu mojej babki.
Solidarnie usiadłam obok Alice, a Marcus usiadł obok mojego kuzyna, jego zachowanie nie było jednak odruchem troski, miałam wrażenie, że chciał mieć Jacoba na oku. Niewiarygodne, że ledwo zwlekł się z łóżka cały posiniaczony i poobijany, a już bawi się w ochroniarza.
- Jesteś wojownikiem – nagle dochodzi do mnie oczywisty fakt.
Patrzę na zdezorientowanego Marcusa i próbuję dostrzec w nim kogoś, kto mógłby walczyć na śmierć i życie. Nie widzę tego, nie mogę sobie wyobrazić jego okrucieństwa.
- Członkowie rodu Oriona są wojownikami, musiałeś nauczyć się bardzo dobrze sztuk walki – kontynuuję.
- Tak, myślałem, że to jest oczywiste – mówi.
- Nie mogłeś się obronić przed napastnikami? Jesteś przecież silniejszy od ludzi.
- To nie jest takie proste, złapały mnie elfy – patrzy na Alice i uśmiecha się prowokująco – a one są nie tylko silne, ale również pomysłowe, potrafią zaskoczyć nas sposobami zadawania bólu.
- Lepiej, żebyś o tym nie zapomniał – mówi Alice i celuje w niego widelcem.
- Moje szkolenie było okropne, ale dzięki niemu przeżyłem tortury, jakim mnie poddawano, moje ciało jest bardzo wytrzymałe.
- Naprawdę? Jakoś tego nie zauważyłam, gdy poplamiłeś mi krwią ciuchy – żartuję.
- Nie powiedziałem, że nie można mnie zranić. Na przykład taka wygrażająca mi widelcem Alice, wygląda niepozornie, ale potrafiłaby rozciąć mi tym małym przedmiotem tętnicę.
- Wolałabym bardziej bolesne rozwiązanie, ale do połamania kości nie potrzebuję widelca, zrobię to bez niepotrzebnych gadżetów.
- A jeżeli wystrzelę w ciebie kulę ognia? – Pyta Jacob.
Alice krzywi się i robi niezadowoloną minę.
- Tylko spróbuj, a pobawię się w Kubę Rozpruwacza, albo w szalonego doktorka, który trzyma każdą część ciała w innym słoiczku.
- Strach z wami mieszkać pod jednym dachem – mówię pod nosem i wracam do jedzenia.
Spojrzałam na nią urażona, ale najwyraźniej nie zrobiło to na niej wrażenia.
- Sugerujesz, że śmierdzę?
- Tak, bardzo cuchniesz i musisz się umyć.
Obwąchuje powietrze dookoła niczym piec i mówię:
- Nic nie czuję.
- Wynocha! – Wrzasnęła Alice – Możesz tak sobie pogrywać z Jacobem, ale JA NIM NIE JESTEM! Nie pomożesz Marcusowi, jeżeli nie będziesz opuszczała tego pokoju przez cały dzień. Nie proszę o wiele, chociaż pół godziny. Wejdź pod ten cholerny prysznic i uspokój swoje neurozy, bo nikt nie chce patrzeć na twoje załamania nerwowe.
- Dobrze – odpowiadam.
Jest zaskoczona, nie spodziewała się mojej uległości, co jest śmieszne, bo przed chwilą właśnie tego ode mnie żądała.
Puszczam dłoń Marcusa i wychodzę z pokoju. Idę długimi korytarzami, a mijane osoby przyglądają mi się z niemym przerażeniem. Nie chcę się nawet zastanawiać nad tym, co siedzi w ich głowach, dlaczego tak się zachowują. Wchodzę do mojego pokoju i biorę z szafy dres, który niedbale rzucam na szafkę w łazience. Rozbieram się i odkręcam wodę, która leci strumieniami z deszczownicy.
Wdech i wydech.
Wdech i wydech.
Wchodzę pod prysznic i zamykam oczy. Zimna woda smaga moje ciało i choć sama w to nie wierzę, to czuję jak się uspokajam.
Stoję i wsłuchuję się w szum wody, aż do chwili, gdy słyszę natarczywe pukanie do drzwi.
- Siedzisz tam już godzinę, wszystko w porządku? - Jacob sprawia wrażenie zmartwionego.
- Najpierw każecie mi się wykąpać, a potem narzekacie, że za długo tutaj siedzę. Zdecydujcie się wreszcie!
Siadam na wannie i ślepo patrzę w podłogę, próbuję sobie poukładać wydarzenia ostatnich kilkunastu godzin. Dokonaliśmy niemożliwego, odzyskaliśmy Marcusa i wyszliśmy z tego cało, ale zrobiliśmy to trochę za późno. Nie wiem, co oni z nim robili, ale na całym ciele ma siniaki oraz rany.
Chce mi się płakać.
Nie obchodziło ich jego zdrowie, znęcali się nad nim i to z mojego powodu. Zacisnęłam pięści. Już więcej go nie tkną, nie pozwolę na to.
Był przytomny, pomógł ci.
Nieproszona, niemalże obca myśl pojawia się w moim umyśle i wszystko zmienia. On naprawdę był przytomny, zemdlał dopiero po tym jak podzielił się ze mną swoją mocą, żeby złamać zaklęcie...
Nie wierzę...
Nie, nie, nie.
Ubieram szybko dres i otwieram drzwi, ale od razu wpadam na Jacoba, który warował przy nich niczym pies. Odepchnęłam go i wybiegłam na korytarz, nie miałam czasu na zawracanie sobie głowy takimi bzdurami. Biegłam, biegłam jakby od tego zależało wszystko, co kiedykolwiek miało dla mnie znaczenie i poniekąd tak właśnie było. Wszystko się zmieniło, dopiero teraz zrozumiałam co się stało i musiałam to jak najszybciej naprawić.
Zatrzymuję się na chwilę przed drzwiami jego pokoju i waham się.
A co jeśli się mylę? Nie, nie mogę tak myśleć, muszę mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
W pokoju widzę Alice, która siedzi na podłodze w pozycji lotosu, otwiera jedno oko i patrzy na mnie, ale nie rusza się z miejsca.
- Jego magia jest osłabiona, próbowałam wezwać Olive, jego strażniczkę, ale nie mogę nawiązać z nią kontaktu. Oczywiście może mieć mi za złe, że kiedyś podpaliłam jej włosy, ale Marcus jest jej podopiecznym, powinna już dawno tutaj przybyć.
Wyginam nerwowo palce, co nie uchodzi uwadze Alice.
- Ty coś wiesz – mówi.
- Muszę coś zrobić.
Siadam na łóżku obok Marcusa i przyglądam się jego zdeformowanym rysom twarzy, delikatnie dotykam szramy na jego policzku.
Zamykam oczy i wyobrażam sobie swoją energie; jest ciepła i jasna, bardzo jasna, czuję jej ciepło. A teraz chcę, żeby poczuł je Marcus, moja połówka, mój rycerz, którego muszę chronić.
Wyobrażam sobie iskierki, które wędrują do jego ciała i rozchodzą się po całej jego powierzchni, przelewam swoją moc do jego wnętrza i dopiero wtedy czuję spokój. Nagle wszystko staje się harmonią. Kładę się obok niego na łóżku i splatam nasze palce.
Zasypiam.
- Anastazjo, obudź się – słyszę jego słodki głos, ale nie otwieram oczu, boję się, że to tylko sen.
Pierś Marcusa zaczyna coraz gwałtowniej podnosić się i opadać, czuję jak jego oddech unosi do góry krótkie włosy mojej grzywki i już wiem. On się obudził, on naprawdę się obudził.
Otwieram oczy i zaspana próbuję się mu przyjrzeć. Błądzi po pokoju zagubionym wzrokiem, jednak zawzięcie unika patrzenia na mnie. Nadal czuję jego rękę zaciśniętą na mojej tali, więc albo nie zdaje sobie z tego sprawy, albo ma jakieś zaburzenia skoro mnie dotyka, a nie chce na mnie patrzeć..
- Bardzo się o ciebie bałam – mówię, a on patrzy na mnie zdziwiony.
Drapie się po głowie i dopiero wtedy zauważa, że mnie obejmuje, szybko zabiera swoją rękę i robi się czerwony na twarzy.
- Zachowujesz się jakbyśmy mieli po dwanaście lat.
- Anastazjo – bierze mnie za rękę i po raz pierwszy patrzy mi w oczy – jestem zdezorientowany, nie wiem co się stało, pamiętam jedynie pobyt w lochach.
- Kto cię uwięził?
Krzywi się, robi to w tak uroczy sposób, że z trudem powstrzymuję uśmiech.
- Nie wiem kto za tym tak naprawdę stoi, ale porwały mnie elfy, a torturowali ludzie. Dzieje się coś złego, jeszcze nigdy nie wykorzystywali do walki ludzi.
- Jacob pewnie zastanawia się nad tym samym.
- JACOB?
Nie rozumiem reakcji Marcusa, przecież to mój kuzyn, więc powinien być przy mnie w tak trudnym czasie.
- Tak, Alice go ściągnęła po to, żeby mógł mnie nauczyć panowania nad mocą.
- Skoro to zrobiła, to musiało być naprawdę źle.
Wstał i podszedł do szafy, przerzucał jeansy jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie, a przecież torturowano go, był na granicy wytrzymałości, prawie go straciłam...
- Rozumiem, że trzymają się od siebie z daleka?
- Nie, Alice jest moją strażniczką, więc spędzają ze sobą dużo czasu.
Marcus znieruchomiał, a w pokoju nastała przerażająca cisza.
- Ona była strażniczką mojej siostry, to niemożliwe...
- Ty nie wiesz – powiedziałam i zakryłam usta dłońmi.
Za dużo mówiłam, nie powinien się teraz denerwować, przecież dopiero doszedł do siebie po torturach, jakie mu urządzili porywacze.
Odwrócił się wolno i podszedł do mnie. Nie chciałam patrzeć mu w oczy, więc kucnął naprzeciwko i złapał mnie za ręce.
- Pamiętasz Tomka? Jak się okazało nie jest pierwszym lepszym pionkiem, on wie o was bardzo dużo. Znał Lorette i mówił rzeczy, które bardzo wstrząsnęły Alice...
- O czym ty mówisz?!
- Loretta odkryła, że moja babka kontroluje nasze życie, wiedziała o nas i nie chciała doprowadzić do naszego poznania. Twoja siostra ponoć zaczęła dociekać prawdy na własną rękę, Tomek obwiniał Alice, że jej nie powstrzymała, ale przecież ona jest strażniczką, a nie nianią.
Zamilkliśmy, a ja zaczęłam walczyć ze swoimi myślami, nie wiedziałam jak dużo mogę mu powiedzieć.
- Powiedz to, przecież widzę, że jest coś więcej.
- Tomek twierdzi, że przyczyna śmierci Loretty jest nieco inna niż myślicie... – patrzę na ptaki latające za oknem i próbuję się uspokoić – według niego odprawiła rytuał i podzieliła się swoją mocą z nami. Nie rozumiem tego, może Jacob, ci to lepiej wytłumaczy, bo był przy tej rozmowie.
- Nie ma mnie parę dni, a tutaj wszystko się sypie.
Ukrywa twarz w dłoniach, ale nie płacze, właściwie to mogę się tylko domyślać, co się z nim dzieje. Boję się go dotknąć, ale nie mogę stąd wyjść, bo chcę, żeby miał we mnie oparcie, więc czekam. I czekam, aż słońce zachodzi i zaczyna się robić ciemno.
- Jak Alice to znosi?
Nie rozumiem, co ma na myśli, przecież rozmawialiśmy o jego siostrze, a nie Alice.
- O czym ty mówisz?
Przygląda mi się, a po chwili na jego twarzy pojawia się zaskoczenie.
- Nie wierzę, że ci nie powiedziała. Jacob jest jej nieszczęśliwą miłością, bardzo go pokochała, ale on był dla niej wiecznie zimny i oschły. Z jednej strony i tak nie mogliby być razem, ale jego niechęć upokorzyła Alice. Nie raz zastanawialiśmy się z Lorettą czy on naprawdę nie widzi jej zadurzenia, czy po prostu udaje głupiego.
- Myślałam, że ona go po prostu nie lubi. Na początku po jego przyjeździe nie mogła wytrzymać długo w tym samym pomieszczeniu co on, ale gdy odkryła, że jest moją strażniczką, to się zmieniła. Zaczęła się rządzić i pokazywać mu, że jest ważna.
- Chcę to zobaczyć – zaśmiał się – schodzimy na kolację.
Idzie do drzwi, ale staje zanim naciska klamkę.
- A tak właściwie, to gdzie jesteśmy? – Pyta.
- W naszym nowym domu – dziwnie to zabrzmiało, więc szybko się poprawiłam – mieszkamy tutaj we czwórkę, oprócz nas jest tutaj też mnóstwo służby, na której nie robią wrażenia podpalenia, albo tunele otwierane na środku pokoju.
Marcus śmieje się i kręci głową.
- Skoro są w kryjówce, to znaczy, że niejedno widzieli i mało rzeczy może ich zaskoczyć.
W jadalni była już pozostała część naszej paczki, oczywiście Alice i Jacob siedzieli daleko od siebie. To dziwne, że dopiero teraz zauważyłam ich zachowanie. Nie – poprawiam się w myślach – zauważyłam to zachowanie już wcześniej, ale wtedy nie mogłam tego zrozumieć.
- Nie powinieneś wstawać, mogłam ci przynieść kolację do pokoju - powiedziała zmartwiona Alice.
I pomyśleć, że przed porwaniem ledwo tolerowała jego obecność.
- Chciałem się z wami zobaczyć – spojrzał na mnie i delikatnie się uśmiechnął – Anastazja powiedziała, że do nas przybyłeś – zwrócił się do Jacoba – jestem ci za to wdzięczny, ale wolałbym, gdybyś nie ingerował za bardzo w życie dziewcząt.
- Nie rozumiem, co masz na myśli.
- Mieszkamy pod jednym dachem, a chyba oboje pamiętamy jak to się skończyło ostatnim razem.
Jacob zgrzytnął zębami, ale nic nie powiedział, po prostu zaczął jeść kolację.
O czymś mi nie powiedzieli, a teraz jestem bardzo ciekawa, co takiego stało się w domu mojej babki.
Solidarnie usiadłam obok Alice, a Marcus usiadł obok mojego kuzyna, jego zachowanie nie było jednak odruchem troski, miałam wrażenie, że chciał mieć Jacoba na oku. Niewiarygodne, że ledwo zwlekł się z łóżka cały posiniaczony i poobijany, a już bawi się w ochroniarza.
- Jesteś wojownikiem – nagle dochodzi do mnie oczywisty fakt.
Patrzę na zdezorientowanego Marcusa i próbuję dostrzec w nim kogoś, kto mógłby walczyć na śmierć i życie. Nie widzę tego, nie mogę sobie wyobrazić jego okrucieństwa.
- Członkowie rodu Oriona są wojownikami, musiałeś nauczyć się bardzo dobrze sztuk walki – kontynuuję.
- Tak, myślałem, że to jest oczywiste – mówi.
- Nie mogłeś się obronić przed napastnikami? Jesteś przecież silniejszy od ludzi.
- To nie jest takie proste, złapały mnie elfy – patrzy na Alice i uśmiecha się prowokująco – a one są nie tylko silne, ale również pomysłowe, potrafią zaskoczyć nas sposobami zadawania bólu.
- Lepiej, żebyś o tym nie zapomniał – mówi Alice i celuje w niego widelcem.
- Moje szkolenie było okropne, ale dzięki niemu przeżyłem tortury, jakim mnie poddawano, moje ciało jest bardzo wytrzymałe.
- Naprawdę? Jakoś tego nie zauważyłam, gdy poplamiłeś mi krwią ciuchy – żartuję.
- Nie powiedziałem, że nie można mnie zranić. Na przykład taka wygrażająca mi widelcem Alice, wygląda niepozornie, ale potrafiłaby rozciąć mi tym małym przedmiotem tętnicę.
- Wolałabym bardziej bolesne rozwiązanie, ale do połamania kości nie potrzebuję widelca, zrobię to bez niepotrzebnych gadżetów.
- A jeżeli wystrzelę w ciebie kulę ognia? – Pyta Jacob.
Alice krzywi się i robi niezadowoloną minę.
- Tylko spróbuj, a pobawię się w Kubę Rozpruwacza, albo w szalonego doktorka, który trzyma każdą część ciała w innym słoiczku.
- Strach z wami mieszkać pod jednym dachem – mówię pod nosem i wracam do jedzenia.
A
Marcus i coraz więcej Marcusa ♥
Co myślicie o Alice i Jacobie?
To o nich planuję zrobić kolejną część, po skończeniu historii białego kruka
Niezłomna. Historia strażniczki.
Co myślicie o Alice i Jacobie?
To o nich planuję zrobić kolejną część, po skończeniu historii białego kruka
Niezłomna. Historia strażniczki.
sobota, 28 lutego 2015
13. Walczący smok
- Nie możesz tego zrobić.
Jacob od godziny próbuje mnie przekonać, że mój plan jest ryzykowny dla takiej amatorki jak ja, ale nie rozumie, że nie mamy innego wyjścia.
Odwracam się i patrzę na Alice, która siedzi w fotelu i przybiera dziwne pozy próbując pomalować sobie paznokcie u stóp. Nie łudzę się, że popiera to wszystko, ale najwyraźniej dała sobie spokój z decydowaniem za mnie.
- Alice, mogłabyś mi pomóc! - Krzyczy Jacob, ale ona nawet się nie wzdryga.
Przygląda się swoim dłoniom i wzdycha przeciągle, po czym patrzy na niego ze znudzeniem.
- To nie ma sensu, pozwól jej działać, ale pod swoją kontrolą. Teraz, gdy obudziła w sobie ogień, to możecie w końcu nauczyć się paru najbardziej przydatnych zaklęć.
- Elizabeth jest za silna, zginiemy.
- Nie dramatyzuj, wystarczy znaleźć Marcusa, babką zajmiemy się, gdy będziemy gotowi.
- Zgadzam się z Alice, nie możemy czekać, on nie może przebywać za długo bez mojej pomocy.
- Przeżył w ten sposób większość życia, ale dobrze, załóżmy, że macie rację. Proszę, wyjaśnijcie mi jak chcecie go znaleźć.
Spojrzałyśmy na siebie z Alice w tym samym momencie, nie powinnyśmy tak długo zwlekać z powiedzeniem mu o tym co odkryłyśmy, ale żadna z nas nie paliła się do tego, żeby przyznać się co zrobiłyśmy.
- Użyłyśmy - mówi Alice - pewnego rzadko używanego zaklęcia.
- Rzadko używanego mówisz?
- Tak, ale ważne, że udało nam się go odnaleźć.
Podszedł do fotela i nachylił się nad drobną dziewczyną, która już nie wyglądała na tak pewną siebie jak parę minut wcześniej.
- Nie graj ze mną w żadne gierki, powiedz co takiego zrobiłyście.
- Magia krwi - szepnęła.
Mięśnie Jacoba napięły się gwałtownie i to była jedyna reakcja. Nie odezwał się do nas ani jednym słowem, a później nie patrząc nam w oczy wyszedł z pokoju.
- Myślisz, że naprawdę nie powinnyśmy używać zakazanych zaklęć? - Pytam.
- Teraz jest trochę za późno na takie rozważania. Mleko już się rozlało.
Dwa dni później...
- Gotowi? - Pytam chociaż i tak znam na to odpowiedź.
Nikt, dokładnie nikt z naszego trio nie jest gotowy na to co zaraz nastąpi. Łapiemy się za ręce i wspólnie przekraczamy próg portalu. Alice nie mogła zrobić wyjścia w celi Marcusa, więc będziemy musieli znaleźć sposób na to, żeby dostać się tam i nie wzbudzić zainteresowania... No cóż, wszystkich obecnych w lochach.
- Żałuję, że żadne z nas nie ma mocy stawania się niewidzialnym - szepnęłam pod nosem na co Jacob zgromił mnie spojrzeniem.
Nie mam wyboru. Idę krok w krok za Alice, a za mną idzie Jacob.
Korytarz wygląda jak zamczysko Drakuli, po prostu marzę, żeby stamtąd uciec. Jak na razie jeszcze nie spotkaliśmy żadnego z ochroniarzy, ale i tak musimy zachowywać się w miarę możliwości cicho.
Nagle słyszę huk.
Przeraźliwie głośny, odbijający się od ścian budynku huk.
Alice przeklina, trzymając się za kolano. Musiała o coś zahaczyć, potknąć się, ale nie widzę przedmiotu, który mógłby jej w tym pomóc.
Nie mija dziesięć sekund, a przed nami pojawia się około piętnastu uzbrojonych po uszy mężczyzn.
- Mamy szczęście - mówi Jacob
- Niby dlaczego?
- Skoro mają broń, to znaczy, że nie mają mocy.
Od razu rozumiem co ma na myśli i wyciągam przed siebie ręce. Modlę się, żeby zadziałało. Skupiam swoją moc i powoli wypuszczam ją przez dłonie. Czuję jak drobinki ognia łaskoczą moją skórę, ale już się tego nie boję, są przecież częścią mnie. Otwieram oczy i przyglądam się mężczyznom, których owija teraz pomarańczowy pył. Podnoszę rękę do góry i szybko wymieniam spojrzenia z Alice, nasze moce muszą współpracować przez całe zaklęcie, a nie tylko na początku. Musimy się skupić. Teraz, albo nigdy. Delikatnie dmucham na pustą dłoń, a mężczyźni nieruchomieją.
To zaklęcie nie jest szkodliwe, ale długo się męczyłyśmy nim opanowałyśmy je do perfekcji i w tym momencie jestem wdzięczna Jacobowi, że nas zmusił do nauczenia się tego.
- Musimy się pośpieszyć - mówi Alice - Marcus jest w celi za rogiem, ale już o nas wiedzą. Mamy naprawdę mało czasu.
Zaczynamy biec. Cały świat, wszystko co mnie otacza zmienia się w smugę światła. Jacob napiera na ochroniarza, a ja przebiegam przez żelazne drzwi celi i dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że straciłam nad sobą kontrolę. Odwracam się w stronę wypalonego w drzwiach przejścia, ale nie poświęcam temu za dużo uwagi, bo słyszę Alice, która każe mi się pośpieszyć.
Rozglądam się dookoła i dostrzegam skuloną w rogu postać.
Moje serce zamiera, zapomina jak powinno pompować krew, zapomina nawet do czego służy.
- Marcus... - szepczę, ale w odpowiedzi słyszę tylko jęk.
Zaczynam płakać. Podbiegam do niego i nadal płaczę, nie mogę się powstrzymać. Próbuję spalić łańcuchy, ale moja moc przestała działać w tej celi.
- Pomóż mi - sama nie wiem do kogo zwracam się z tą prośbą.
Marcus dotyka mojej dłoni i wtedy rozumiem co oznacza bycie białym krukiem i dlaczego jestem z nim połączona. Resztkami sił przesyła mi swoją moc, a ja zaczynam burzyć mur. Widzę go coraz wyraźniej i niemal czuję jak jego pozostałości wylatują w powietrze i rozlatują się po całym pomieszczeniu. Zrobiłam to. Nie, my to zrobiliśmy. Złamaliśmy zaklęcie, które uniemożliwiało czary i ukrywało go przede mną.
Uśmiecham się i celuję palcem w łańcuchy. Mój ogień, działa, nie zawiódł mnie i jestem z siebie dumna. Pomagam Marcusowi się podnieść, ale jest bardzo słaby i nie potrafi sam ustać na nogach.
- Jacob, Alice - wołam, ale żadne z nich się nie odzywa.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że odgłosy walki ucichły.
"Alice, przywołuję cię. Natychmiast."
Ku mojemu zdziwieniu wezwanie zadziałało i po sekundzie zobaczyłam mojego rudzielca w podartych ciuchach.
- To nie są pieprzone bodyguards, to są dzikusy, hieny - narzeka próbując doprowadzić się do porządku.
W momencie, gdy na nas patrzy, jej twarz szarzeje i staje się poważna. Podchodzi do nas i pomaga mi poprowadzić do wyjścia Marcusa.
- A co z Jacobem?
Alice zatrzymuje się i przygryza wargę, widocznie ma wątpliwości co powinna mi powiedzieć.
- Nie jest dobrze, ale nie możemy tam pójść z nim - patrzy wymownie na Marcusa - nie wierzę, że to mówię, ale odstawię go do domu i wrócę po was. Nie będę kazała ci tutaj zostać, bo i tak wiem, że zaraz pobiegniesz po J.
Ma rację, portal nie ma szansy całkowicie zniknąć, a ja już biegnę. Powiedziała mi, że nie są daleko, ale nie widzę potrzeby zakradania się, albo zachowania spokoju. W tym momencie każdy niekontrolowany wybuch jest mile widziany. Spalę ich jeżeli będzie taka potrzeba.
Otwieram drzwi i z impetem wpadam do środka. W mgnieniu oka rozumiem co się stało. W tym pokoju nie działa magia, a przynajmniej nie działała.
Uśmiecham się pod nosem, bo nikt poza mną nie zdaje sobie sprawy z tego, że tak naprawdę jesteśmy na prowadzeniu.
Patrzę na twarz Jacoba i mimowolnie się krzywię. Zrobili z niego worek treningowy. Ma zaciśniętą szczękę i zdaje się nie zwracać uwagi na krew spływającą wzdłuż policzka. Jest wkurzony, to wszystko. Nie obchodzi go ból, ci idioci zarysowali jego wielkie ego.
- Mam ich załatwić, czy sam to zrobisz?
Patrzy na mnie zdezorientowany, a ochroniarze się śmieją. Dwóch z nich nawet próbuje do mnie podejść myśląc, że będę łatwym celem, ale od razu pokazuję im jak bardzo się mylą.
Tworzę kulę ognia i rzucam nią w nich.
Po chwili zdaję sobie sprawę, że Jacob obezwładnił dwóch kolejnych i nie zawracając sobie głowy resztą pobiegł w moją stronę i wypchnął mnie za drzwi.
Usłyszałam trzask zamykanych drzwi i odwróciłam się w jego stronę. Wyzwolił ogień i... Tak naprawdę nie wiem co zrobił, chyba po prostu przyspawał drzwi do futryny, ale nie jestem pewna.
- Gdzie Alice?
- Zabrała Marcusa do domu.
Oczy Jacoba rozszerzyły się i zobaczyłam jak żyłka na jego czole zaczęła szybko pulsować. Był zły, znowu.
- Mam ją wezwać?
- Nie, poczekamy na nią, ale musimy się gdzieś schować.
- To jest zbyt ryzykowne - mówię.
- Co takiego?
Odwracamy się i widzimy Alice.
Zapobiegawczo chwytam Jacoba za rękę, bo czuję, że ma ochotę krzyczeć, albo zadusić Alice na moich oczach. Nieważne co chce zrobić, to nie czas ani pora na takie zachowania.
- Zabierz nas stąd - mówię.
- Już się robi.
Marcus, Marcus... Od paru godzin siedzę przy jego łóżku i płaczę. Cały czas jest nieprzytomny i nikt nie wie co można z tym zrobić.
Przecieram jego czoło mokrym ręcznikiem i próbuję się uspokoić. Nie pomoże mu moje załamanie nerwowe. Jesteśmy połączeni, więc muszę być silna dla niego, ale jak mogę to zrobić w zaistniałej sytuacji?
Bardzo schudł, widzę jego odstające spod skóry kości. Oczy ma zapadnięte, a na włosach nadal ma ślady krwi. Nikt się ich nie pozbył, bo nikomu nie pozwalam do niego podejść. Przed moim powrotem zdążyli go tylko przebrać. I to wszystko.
Gdybyśmy znajdowali się w szpitalu nie miałabym nic do gadania, ale tutaj... Wydaje mi się, że każdy boi się mojego wybuchu. A przecież nie mam dużej mocy, dopiero zaczęłam się uczyć, więc czego się tak obawiają?
Jacob od godziny próbuje mnie przekonać, że mój plan jest ryzykowny dla takiej amatorki jak ja, ale nie rozumie, że nie mamy innego wyjścia.
Odwracam się i patrzę na Alice, która siedzi w fotelu i przybiera dziwne pozy próbując pomalować sobie paznokcie u stóp. Nie łudzę się, że popiera to wszystko, ale najwyraźniej dała sobie spokój z decydowaniem za mnie.
- Alice, mogłabyś mi pomóc! - Krzyczy Jacob, ale ona nawet się nie wzdryga.
Przygląda się swoim dłoniom i wzdycha przeciągle, po czym patrzy na niego ze znudzeniem.
- To nie ma sensu, pozwól jej działać, ale pod swoją kontrolą. Teraz, gdy obudziła w sobie ogień, to możecie w końcu nauczyć się paru najbardziej przydatnych zaklęć.
- Elizabeth jest za silna, zginiemy.
- Nie dramatyzuj, wystarczy znaleźć Marcusa, babką zajmiemy się, gdy będziemy gotowi.
- Zgadzam się z Alice, nie możemy czekać, on nie może przebywać za długo bez mojej pomocy.
- Przeżył w ten sposób większość życia, ale dobrze, załóżmy, że macie rację. Proszę, wyjaśnijcie mi jak chcecie go znaleźć.
Spojrzałyśmy na siebie z Alice w tym samym momencie, nie powinnyśmy tak długo zwlekać z powiedzeniem mu o tym co odkryłyśmy, ale żadna z nas nie paliła się do tego, żeby przyznać się co zrobiłyśmy.
- Użyłyśmy - mówi Alice - pewnego rzadko używanego zaklęcia.
- Rzadko używanego mówisz?
- Tak, ale ważne, że udało nam się go odnaleźć.
Podszedł do fotela i nachylił się nad drobną dziewczyną, która już nie wyglądała na tak pewną siebie jak parę minut wcześniej.
- Nie graj ze mną w żadne gierki, powiedz co takiego zrobiłyście.
- Magia krwi - szepnęła.
Mięśnie Jacoba napięły się gwałtownie i to była jedyna reakcja. Nie odezwał się do nas ani jednym słowem, a później nie patrząc nam w oczy wyszedł z pokoju.
- Myślisz, że naprawdę nie powinnyśmy używać zakazanych zaklęć? - Pytam.
- Teraz jest trochę za późno na takie rozważania. Mleko już się rozlało.
Dwa dni później...
- Gotowi? - Pytam chociaż i tak znam na to odpowiedź.
Nikt, dokładnie nikt z naszego trio nie jest gotowy na to co zaraz nastąpi. Łapiemy się za ręce i wspólnie przekraczamy próg portalu. Alice nie mogła zrobić wyjścia w celi Marcusa, więc będziemy musieli znaleźć sposób na to, żeby dostać się tam i nie wzbudzić zainteresowania... No cóż, wszystkich obecnych w lochach.
- Żałuję, że żadne z nas nie ma mocy stawania się niewidzialnym - szepnęłam pod nosem na co Jacob zgromił mnie spojrzeniem.
Nie mam wyboru. Idę krok w krok za Alice, a za mną idzie Jacob.
Korytarz wygląda jak zamczysko Drakuli, po prostu marzę, żeby stamtąd uciec. Jak na razie jeszcze nie spotkaliśmy żadnego z ochroniarzy, ale i tak musimy zachowywać się w miarę możliwości cicho.
Nagle słyszę huk.
Przeraźliwie głośny, odbijający się od ścian budynku huk.
Alice przeklina, trzymając się za kolano. Musiała o coś zahaczyć, potknąć się, ale nie widzę przedmiotu, który mógłby jej w tym pomóc.
Nie mija dziesięć sekund, a przed nami pojawia się około piętnastu uzbrojonych po uszy mężczyzn.
- Mamy szczęście - mówi Jacob
- Niby dlaczego?
- Skoro mają broń, to znaczy, że nie mają mocy.
Od razu rozumiem co ma na myśli i wyciągam przed siebie ręce. Modlę się, żeby zadziałało. Skupiam swoją moc i powoli wypuszczam ją przez dłonie. Czuję jak drobinki ognia łaskoczą moją skórę, ale już się tego nie boję, są przecież częścią mnie. Otwieram oczy i przyglądam się mężczyznom, których owija teraz pomarańczowy pył. Podnoszę rękę do góry i szybko wymieniam spojrzenia z Alice, nasze moce muszą współpracować przez całe zaklęcie, a nie tylko na początku. Musimy się skupić. Teraz, albo nigdy. Delikatnie dmucham na pustą dłoń, a mężczyźni nieruchomieją.
To zaklęcie nie jest szkodliwe, ale długo się męczyłyśmy nim opanowałyśmy je do perfekcji i w tym momencie jestem wdzięczna Jacobowi, że nas zmusił do nauczenia się tego.
- Musimy się pośpieszyć - mówi Alice - Marcus jest w celi za rogiem, ale już o nas wiedzą. Mamy naprawdę mało czasu.
Zaczynamy biec. Cały świat, wszystko co mnie otacza zmienia się w smugę światła. Jacob napiera na ochroniarza, a ja przebiegam przez żelazne drzwi celi i dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że straciłam nad sobą kontrolę. Odwracam się w stronę wypalonego w drzwiach przejścia, ale nie poświęcam temu za dużo uwagi, bo słyszę Alice, która każe mi się pośpieszyć.
Rozglądam się dookoła i dostrzegam skuloną w rogu postać.
Moje serce zamiera, zapomina jak powinno pompować krew, zapomina nawet do czego służy.
- Marcus... - szepczę, ale w odpowiedzi słyszę tylko jęk.
Zaczynam płakać. Podbiegam do niego i nadal płaczę, nie mogę się powstrzymać. Próbuję spalić łańcuchy, ale moja moc przestała działać w tej celi.
- Pomóż mi - sama nie wiem do kogo zwracam się z tą prośbą.
Marcus dotyka mojej dłoni i wtedy rozumiem co oznacza bycie białym krukiem i dlaczego jestem z nim połączona. Resztkami sił przesyła mi swoją moc, a ja zaczynam burzyć mur. Widzę go coraz wyraźniej i niemal czuję jak jego pozostałości wylatują w powietrze i rozlatują się po całym pomieszczeniu. Zrobiłam to. Nie, my to zrobiliśmy. Złamaliśmy zaklęcie, które uniemożliwiało czary i ukrywało go przede mną.
Uśmiecham się i celuję palcem w łańcuchy. Mój ogień, działa, nie zawiódł mnie i jestem z siebie dumna. Pomagam Marcusowi się podnieść, ale jest bardzo słaby i nie potrafi sam ustać na nogach.
- Jacob, Alice - wołam, ale żadne z nich się nie odzywa.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że odgłosy walki ucichły.
"Alice, przywołuję cię. Natychmiast."
Ku mojemu zdziwieniu wezwanie zadziałało i po sekundzie zobaczyłam mojego rudzielca w podartych ciuchach.
- To nie są pieprzone bodyguards, to są dzikusy, hieny - narzeka próbując doprowadzić się do porządku.
W momencie, gdy na nas patrzy, jej twarz szarzeje i staje się poważna. Podchodzi do nas i pomaga mi poprowadzić do wyjścia Marcusa.
- A co z Jacobem?
Alice zatrzymuje się i przygryza wargę, widocznie ma wątpliwości co powinna mi powiedzieć.
- Nie jest dobrze, ale nie możemy tam pójść z nim - patrzy wymownie na Marcusa - nie wierzę, że to mówię, ale odstawię go do domu i wrócę po was. Nie będę kazała ci tutaj zostać, bo i tak wiem, że zaraz pobiegniesz po J.
Ma rację, portal nie ma szansy całkowicie zniknąć, a ja już biegnę. Powiedziała mi, że nie są daleko, ale nie widzę potrzeby zakradania się, albo zachowania spokoju. W tym momencie każdy niekontrolowany wybuch jest mile widziany. Spalę ich jeżeli będzie taka potrzeba.
Otwieram drzwi i z impetem wpadam do środka. W mgnieniu oka rozumiem co się stało. W tym pokoju nie działa magia, a przynajmniej nie działała.
Uśmiecham się pod nosem, bo nikt poza mną nie zdaje sobie sprawy z tego, że tak naprawdę jesteśmy na prowadzeniu.
Patrzę na twarz Jacoba i mimowolnie się krzywię. Zrobili z niego worek treningowy. Ma zaciśniętą szczękę i zdaje się nie zwracać uwagi na krew spływającą wzdłuż policzka. Jest wkurzony, to wszystko. Nie obchodzi go ból, ci idioci zarysowali jego wielkie ego.
- Mam ich załatwić, czy sam to zrobisz?
Patrzy na mnie zdezorientowany, a ochroniarze się śmieją. Dwóch z nich nawet próbuje do mnie podejść myśląc, że będę łatwym celem, ale od razu pokazuję im jak bardzo się mylą.
Tworzę kulę ognia i rzucam nią w nich.
Po chwili zdaję sobie sprawę, że Jacob obezwładnił dwóch kolejnych i nie zawracając sobie głowy resztą pobiegł w moją stronę i wypchnął mnie za drzwi.
Usłyszałam trzask zamykanych drzwi i odwróciłam się w jego stronę. Wyzwolił ogień i... Tak naprawdę nie wiem co zrobił, chyba po prostu przyspawał drzwi do futryny, ale nie jestem pewna.
- Gdzie Alice?
- Zabrała Marcusa do domu.
Oczy Jacoba rozszerzyły się i zobaczyłam jak żyłka na jego czole zaczęła szybko pulsować. Był zły, znowu.
- Mam ją wezwać?
- Nie, poczekamy na nią, ale musimy się gdzieś schować.
- To jest zbyt ryzykowne - mówię.
- Co takiego?
Odwracamy się i widzimy Alice.
Zapobiegawczo chwytam Jacoba za rękę, bo czuję, że ma ochotę krzyczeć, albo zadusić Alice na moich oczach. Nieważne co chce zrobić, to nie czas ani pora na takie zachowania.
- Zabierz nas stąd - mówię.
- Już się robi.
Marcus, Marcus... Od paru godzin siedzę przy jego łóżku i płaczę. Cały czas jest nieprzytomny i nikt nie wie co można z tym zrobić.
Przecieram jego czoło mokrym ręcznikiem i próbuję się uspokoić. Nie pomoże mu moje załamanie nerwowe. Jesteśmy połączeni, więc muszę być silna dla niego, ale jak mogę to zrobić w zaistniałej sytuacji?
Bardzo schudł, widzę jego odstające spod skóry kości. Oczy ma zapadnięte, a na włosach nadal ma ślady krwi. Nikt się ich nie pozbył, bo nikomu nie pozwalam do niego podejść. Przed moim powrotem zdążyli go tylko przebrać. I to wszystko.
Gdybyśmy znajdowali się w szpitalu nie miałabym nic do gadania, ale tutaj... Wydaje mi się, że każdy boi się mojego wybuchu. A przecież nie mam dużej mocy, dopiero zaczęłam się uczyć, więc czego się tak obawiają?
A
_________
Mam wrażenie, że ten rozdział jest strasznie chaotyczny...
Do następnego <3
_________
Mam wrażenie, że ten rozdział jest strasznie chaotyczny...
Do następnego <3
czwartek, 12 lutego 2015
12. Witam, jestem twoją przeszłością...
Żeby było walentynkowo Love Me Like You Do (cover).
Nie jestem fanką kilkunastu twarzy zboczeńca, ale piosenka mi się podoba i trochę pasuje do drugiej połowy rozdziału, a przynajmniej tak mi się wydaje :)
W powietrzu zaiskrzyło niebieskie światło z którego wypadła postać, której nie mogłam się przyjrzeć, bo oślepił mnie blask portalu.
Przetarłam oczy i parę razy zamrugałam zanim spojrzałam na osobę siedzącą na ziemi.
- Czy wy nie macie żadnych zajęć, jakiegoś hobby, po co mnie wezwaliście?! Jacob, wiesz, że nie lubię, gdy traktuje się mnie jak psa, który ma aportować tylko wtedy kiedy chce tego jego pan.
- Alice - powiedział ledwo słyszalnym głosem - to było zaklęcie wezwania strażnika.
Momentalnie z jej twarzy zniknęła irytacja, a na jej miejscu pojawiło się niedowierzanie. Wstała i nie zawracając sobie głowy podwiniętą sukienką, podeszła do mojego kuzyna. Stanęła naprzeciwko niego i uważnie patrzyła w jego oczy, tak jakby tylko z nich mogła wyczytać prawdę.
- Moją podopieczną była Loretta, dobrze wiesz, że dostajemy tylko jednego podopiecznego, jeszcze nikomu nie przydzielili dwóch osób.
- Jestem tak samo zaskoczony jak ty, ale pozwól, że porozmawiamy o tym jak wyciągniesz nas stąd.
Dopiero po słowach Jacoba rozejrzała się dookoła, a jej wzrok zatrzymał się dopiero na Tomku. Przysunęła się na sam skraj kręgu, a on postąpił podobnie sprawiając, że dzieliły ich jedynie płomienie.
- Zastanawia mnie jak mogłeś tak długo kłamać - przekrzywiła na bok głowę - a może ty wcale nie kłamałeś i naprawdę ją kochałeś?
Zacisnął szczękę tak mocno, że mogłabym przysiąc, że usłyszałam zgrzyt jego zębów. Na chwilę spojrzał na mnie i pokręcił głową jako odpowiedź na własne myśli.
- Mówiłem już wiele razy, że to nie twoja sprawa kim jestem i co czuję, moich wyborów też nie powinnaś oceniać. Myślisz, że nie wiem co zrobiłaś? Przymykałaś oko na to co robiła Li, puszczałaś ją wszędzie bez opieki i jak skończyła?! To wszystko jest twoją winą - krzyknął wyprowadzony z równowagi.
Alice odwróciła się do Jacoba i spojrzała na niego pytająco, ale on tylko wzruszył ramionami. Nie mogąc uzyskać od niego wsparcia zagryzła wargę i zaczęła mimowolnie wyginać palce u rąk.
- Li?
- Tak nazywaliśmy Lorette
Alice pobladła i w niemym zdziwieniu otworzyła usta.
- O czym ty do cholery mówisz? - wydusiła z siebie po chwili ciszy.
Uśmiechnął się zadowolony z reakcji jaką wywołały jego słowa i nonszalancko okrążył nasze małe więzienie.
- Wiesz, ona nie była taka święta jak wszyscy myśleli. Oczywiście chciała uratować brata - spojrzał na mnie z niesmakiem - i nie tylko jego. Właśnie temu powinnaś zapobiec, Li nie zginęła dlatego, że ją pokonali, zginęła, bo odprawiła szalony rytuał i przekazała całą swoją moc Marcusowi i jego wybrance.
Poczułam jak nogi odmawiają mi posłuszeństwa, opadłam na ziemię i patrzyłam tępo w zielone oczy Tomka.
- Wysłała część mocy do twojego ciała, niewiele, ale na tyle dużo, żeby pomogła ci złamać pieczęć Elizabeth, gdy będzie zagrażać ci niebezpieczeństwo.
Wyciągnęłam przed siebie dłonie i uważnie się im przyglądałam: linia życia, serca, rozumu... Czego tak naprawdę teraz potrzebowałam? Poczułam ból w piersi i uświadomiłam sobie, że znam odpowiedź na to pytanie - potrzebuję Marcusa i to bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
- Alice, proszę zabierz mnie stąd.
Odwróciła się usłyszawszy mój głos, a jej mina zmieniła się momentalnie z rozgniewanej w zatroskaną.
- Jacob, weź ją na ręce.
Po chwili byłam już w ramionach kuzyna stojącego naprzeciwko Alice, której rude włosy nagle zaczęły podnosić się ku górze, tak jak w filmach, gdy czarownice w szpiczastych kapeluszach rzucają zaklęcia.
Nie pamiętam samego przejścia przez portal, ale bolesne lądowanie na podłodze w moim salonie pozostało mi w pamięci. Jęknęłam próbując rozmasować sobie nogę.
- Niech mi ktoś łaskawie wyjaśni kim tak naprawdę jest Tomek.
Przyjrzałam się uważnie przyjaciołom, którzy próbowali uniknąć patrzenia mi w oczy.
- Prawdopodobnie to on wywołał mgłę, a jeżeli chodzi o osobę, której podlega, to może to być tak samo dobrze Morgana jak i twoja babka.
- To wszystko nie ma sensu.
Alice niczym kot zaczęła krążyć niezadowolona po pokoju i myślała na głos, co zaczynało mnie denerwować.
- Naprawdę tego nie rozumiecie? - spojrzała na każdego z nas osobno - Tomek mieszkał tutaj, mógł w każdej chwili porwać Anastazję, ale tego nie zrobił.
- Masz rację - powiedział Jacob - coś musiało się zmienić, a to oznacza, że...
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, a jego usta wygięły się w literę "O", Alice chyba też na to wpadła, bo zachowywała się tak samo jak on, praktycznie papugowała jego gesty.
Przez dobre kilka minut tylko stali naprzeciwko mnie i patrzyli się nic nie mówiąc, aż w końcu Jacob podszedł do mnie i złapał mnie za ramiona.
- To musi oznaczać, że nie mogą już ukrywać Marcusa, tylko ty możesz się z nim skontaktować, wejść do jego umysłu i sprawdzić gdzie jest.
- Już próbowałam, sprawdzam codziennie, ale wciąż widzę mur.
- To nic, spróbujesz jeszcze raz, coś musiało się zmienić, może to mieć nawet związek z twoim nagłym wybuchem mocy, może wyczuli, że coś się w tobie odblokowało. Łącząca ciebie i Marcusa więź jest niezwykła i dlatego powinnaś zacząć wierzyć w jej magię.
Kolejne pół godziny spędziliśmy na zabraniu podstępem - o tej porze roku kotka nie wychylała łepka za okno, nie wspominając o drzwiach domu, nienawidziła zimna - z domu Estrelii i pojechanie do rezydencji w której ostatnio ciągle ćwiczyłam. To było prawdopodobnie jedyne miejsce w którym byliśmy bezpieczni.
Jacob twierdził, że powinnam zostać sama w pokoju i skupić się na kontakcie z Marcusem, jednak Alice nie była tego samego zdania.
- Chyba jesteś chory, jeśli myślisz, że zostawię ją samą. Może jej się coś stać, nie wyjdę stąd nawet jeżeli spróbujesz wynieść mnie stąd siłą - krzyczała i gestykulowała tak żwawo, że przez chwilę myślałam, że nieumyślnie Jacob od niej oberwie.
Na sam koniec swojej przemowy zaplotła ręce na piersi i spojrzała na niego wyzywająco spod zmrużonych powiek. Najwidoczniej jej nagły atak agresji zadziałał, bo tylko w obronnym geście podniósł ręce i wyszedł bez słowa z pokoju.
Alice wypuściła gwałtownie powietrze, widziałam jak jej ręce się trzęsą, ale nie wspomniałam o tym. Ostatnio się od siebie oddaliłyśmy, ale i tak wiedziałam, że w takich momentach, lepiej nie dociekać co się dzieje.
Podeszła do okna i uważnie zlustrowała całą okolicę i dopiero wtedy spokojnie usiadła na sofie zakładając nogę na nogę.
- Zaczynaj, chłopak sam się nie znajdzie, a przynajmniej nie w tym stanie. Skoro nie użył swojej mocy, to pewnie jest słaby, mogli stosować wobec niego przemoc, chociaż znęcanie się przy pomocy magii też jest prawdopodobne. Jacob pewnie nie chciałby żebym ci o tym mówiła, ale lepiej żebyś wiedziała o tym teraz, bo nikt nie wie jak bardzo paskudnych obrazów możesz się spodziewać po drugiej stronie. A teraz zamknij oczy i rób to czego cię uczono. Nie bój się, jestem obok i w razie czego służę ci radą, co prawda nie zobaczę tego co ty, ale mogę wyczuć twoje intencje.
- A więc do dzieła - powiedziałam sama do siebie siadając po turecku na podłodze.
Zamknęłam oczy i poczułam jak moje jestestwo wystrzeliło w przestrzeń, nie kontrolowałam tego, moja dusza wiedziała gdzie podążać. Nie trwało to dłużej niż kilka sekund, gdy za ścianą ze szkła zobaczyłam Marcusa, a dokładniej ciemno-niebieski kolor jego aury. Stanęłam przed ścianą i zaczęłam w nią walić rękami, ale nic się nie działo.
- Alice, widzę go, ale nie mogę przejść przez szklaną ścianę - pomyślałam i od razu w mojej głowie usłyszałam odpowiedź.
- Sama tego nie zniszczysz, musi ci w tym pomóc.
- Jak, skoro nie wie, że tutaj jestem?!
- Potraficie siebie wyczuć, po prostu mu w tym pomóż, myśl tylko o nim.
Oparłam czoło o szklaną zaporę, która chociaż nie była materialna, to wydawała się być zimna.
Marcus, Marcus, Marcus - powtarzałam niczym mantrę. Przypomniałam sobie nasze pierwsze spotkanie w Halloween i to jaki wydawał mi się tajemniczy. Myślałam o tych wszystkich rozmowach, które trochę mnie irytowały, ale dla niego były ważne, nazywał mnie swoim światłem. Zaraz, chwila... nazywał mnie tak? Sama nie wiem, skąd przyszło mi to do głowy?
Zobaczyłam przed sobą jego twarz, ale wyglądała inaczej, był starszy, a jego skóra była skalana poszarpanymi bliznami. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że nie ma na sobie koszulki i widzę jego nagi tors.
- Jesteś moim światłem Greto, tylko ty coś dla mnie znaczysz na tym świecie.
- Nie! - krzyknęłam zatykając sobie uszy rękoma.
To nie było prawdziwe, to nie działo się teraz, on był uwięziony, a ja musiałam znaleźć dojście do jego umysłu. Nie mogłam utknąć we wspomnieniach, nie teraz, gdy mnie potrzebował.
Widzę jego oczy, jego piękne, duże oczy wpatrujące się we mnie z nadzieję, troską, miłością - widzę to wszystko. Słyszę jak zdradza mi swoje myśli, sekrety i obawy ufając, że u mnie są one bezpieczne. Widzę po kolei każde jego wcielenie i zdając sobie sprawę z intensywności uczuć jakimi go darzyłam, dziwię się w jaki sposób nie zwariowałam. A może zwariowałam, tylko nikt mi o tym nie powiedział, nie przestrzegł przez skutkami ubocznymi przebywania blisko Marcusa.
Widzę siebie w jego ramionach, niesie mnie do swojego pokoju w którym nie powinnam być, a przynajmniej nie o tej godzinie. Jest późno, lady Margaret będzie zła, jeśli nas przyłapie, ale nie mogę się powstrzymać i śmieję się odrobinę za głośno. Marcus mnie ucisza, ale nie jest na mnie zły, jestem tego pewna, bo widzę jak jego usta wyginają się w uśmiechu. Nie wiem dlaczego tak się zachowuję, po prostu jestem bardzo szczęśliwa. Otwiera drzwi, które bardzo głośno skrzypią, jednak nikt nie zwraca na to uwagi, wszyscy śpią, albo siedzą w salonie omawiając plan działania, każda osoba w tym budynku chce wygrać. Różnica polega na tym, że dla każdego wygrana oznacza coś innego, razem z Marcusem już wygraliśmy, bo mamy siebie.
Kładzie mnie delikatnie na łóżku i na krótką chwilę nachyla się nade mną, głaszcze moje włosy, patrzy mi w oczy i uśmiecha się melancholijnie. Czuję się piękna i kochana, patrząc w jego oczy widzę wszystkie komplementy świata zawarte w niemym uwielbieniu.
Moja skóra płonie, gdy delikatnie ściąga mi z ramion ramiączka sukienki. Czuję w brzuchu radość i niecierpliwość, tak długo na to czekałam. Ledwo dostrzegam, gdy sukienka, a później bielizna lądują na podłodze obok łóżka. Jestem świadoma tylko jednego, dotyku jego ust na mojej skórze, całuje każdy milimetr mojego ciała, a ja przeżywam katharsis. Nie jestem już białym krukiem, którego wszyscy traktują jak carskie jajko i jednocześnie wymagają siły, której nie mogę zdobyć siedząc ciągle w klatce. Nie jestem już czarownicą, nie jestem nawet sobą, w tym momencie jestem zwykłą kobietą, która stapia się w całość ze swoim kochankiem. Jęczę z rozkoszy, a może to on wydaje te dźwięki? Sama już nie wiem i chyba mnie to nie obchodzi, w tej chwili liczą się dla mnie tylko endorfiny, które wywołuje we mnie jego dotyk.
Jest on i jestem ja - ludzie którzy znaczą dla siebie wszystko. Czuję jego oddech, jego bliskość i jestem szczęśliwa, to wszystko jest piękne, nasza miłość... prawię czuję jak unosi się w powietrzu i otacza nas swoimi delikatnymi ramionami.
Niewiele można teraz zaplanować, nic nie jest trwałe, ale wiem jedno - kocham go i właśnie ta miłość pozwoli mi przetrwać to co przyszykował dla nas wszystkich los. Nie będzie kolorowo, nikt nigdy nie dawał nam takich złudzeń, szkolą nas po to, żebyśmy byli ich narzędziami w walce. Nikogo nie obchodzi, że mamy uczucia i potrzebujemy normalności. Nikt nie chce zrozumieć, że też chcemy spróbować życia, bo przecież mamy do tego prawo.
- Anastazjo, wróć o mnie. Ocknij się!
Otwieram oczy i przyglądam się rozczochranemu rudzielcowi, który tak się składa, że jest moją najlepszą przyjaciółką.
Wzdycha z ulgą i siada obok mnie.
- Myślałam, że coś ci się stało. Nie było cię przy nim, bałam się, że coś poszło nie tak.
- Nie dostałam się do jego myśli, chociaż byłam bliżej niż wcześniej.
Odwróciła się w moją stronę i ponaglająco skinęła głową.
- Pochłonęły mnie wspomnienia...
Nie musiałam nic więcej mówić. Przysunęła się i przytuliła mnie, siedziałyśmy tak bardzo długo - płakałam chowając twarz w jej koszuli, a ona pocieszająco głaskała moje włosy.
Co mogłam zrobić? Czułam jak rozpadam się na małe kawałeczki, nie chciałam już być czarownicą, nigdy o to nie prosiłam. To wszystko zaczynało wymykać się spod mojej kontroli i bardzo mi się to nie podobało.
- Alice?
- Tak?
- Muszę go odzyskać.
- Tak, wiem.
Poklepała mnie pocieszająco po plecach, a ja zapadłam w sen.
- Zabieram ją stąd, tutaj nie jest już bezpiecznie.
Jacob wydawał się wzburzony, ale nie wiedziałam dlaczego. Dopiero zaczynałam się wybudzać ze snu i nie kojarzyłam wszystkich faktów.
- Nie możesz jej stąd wywieźć, Katherine nigdy się na to nie zgodzi.
- Jakoś nie widzę jej tutaj, kilka razy próbowałem z nią rozmawiać, ale nie przyjechała tutaj, a jej pomoc byłaby bezcenna w złamaniu zaklęcia Elizabeth.
Alice zaśmiała się sztucznie sprawiając, że poczułam nieprzyjemne ciarki na ciele.
- Nie łudź się, jej matka jest słaba i tylko dlatego nic jej nie grozi ze strony snobistycznej czarownicy z krainy wiecznych kłamstw i intryg. Musisz zrozumieć, że aktualnie najsilniejszymi przedstawicielami rodu Draco są Elizabeth i Anastazja, która na tą chwilę nie potrafi posługiwać się swoją mocą.
- I to jest dziwne, Annie dostała od babki list, bez niego nie wiedziałaby o magii i nie byłaby konkurencją dla wariatki.
- Niekoniecznie, w końcu zaklęcie i tak by wygasło. Wiedźma nie miała przecież wystarczającej mocy, żeby całkowicie odebrać jej magię.
- Sam nie wiem, wydaje mi się, że tańczymy tak jak nam zagra. Nie wykluczam, że w jakiś pokrętny sposób zaplanowała omotanie Anastazji, może właśnie po to jest jej potrzebny Marcus.
- Nie bój się, nie przechytrzy mnie - odwrócili się zaskoczeni - nie jest białym krukiem, ani żadnym innym wyjątkowym stworzeniem. Jest zwykłą, wredną wiedźmą, którą pokonam.
A.
____________
Nie spodziewałam się, że tak szybko napiszę kolejny rozdział, który będzie w dodatku taki długi. Nie należę do osób cierpliwych, więc już go dodaję z czego mam nadzieję, że się ucieszycie
[Na wattpad zaczęłam dodawać coś w rodzaju przemyśleń, nigdy niewysłane listy - nie zrobiłam z tego bloga, bo posty byłyby za krótkie]
[Na wattpad zaczęłam dodawać coś w rodzaju przemyśleń, nigdy niewysłane listy - nie zrobiłam z tego bloga, bo posty byłyby za krótkie]
Sorciere Lúthien jest Marcus, może inne wcielenie, ale jest :)
niedziela, 8 lutego 2015
11. Przebudzenie
Czasami go nienawidzę. Próbuję wypełniać jego polecenia, ale nic mi nie wychodzi, więc muszę to ciągle powtarzać. W rezultacie zamiast myśleć o ogniu, czyli tym co jest esencją mojej mocy, to wyobrażam sobie jak niewidzialna siła popycha Jacoba, który w magiczny sposób ląduje za oknem. Tak, wiem jak to brzmi tym bardziej, że należy do rodziny, ale naprawdę nie potrafię inaczej. Nigdy nie przepadałam nawet za samym słowem DYSCYPLINA, a co dopiero pozwolić, żeby zawładnęła moim zachowaniem. To było straszne, jego głos mówiący, żebym powtórzyła ćwiczenie zaczął prześladować mnie w snach.
- To jak kuzyneczko, zapalisz świece siłą umysłu? - wyszczerzył zęby w uśmiechu, a ja miałam ochotę uderzyć go z całej siły w twarz.
- Zwariowałeś, chcę spokojnie zjeść - warknęłam, a on wzruszył ramionami.
- Tak też myślałem - powiedział i rzucił w moją stronę pudełko zapałek, które od razu złapałam - trzymaj, musisz przyzwyczaić się do swojego żywiołu.
- To przynajmniej umiem - mruknęłam wyciągając zapałkę.
- Jest mały haczyk, musisz zapalić zapałkę siłą umysłu.
- Chyba kpisz.
- Nie ma nic prostszego, dzieci w przedszkolu potrafią to robić.
Po godzinie, gdy nadal nie potrafiłam zapalić zapałki nie wyglądał już na takiego przekonanego.
- Jacob, nie widzisz, że to nie ma sensu?
- Moje ćwiczenia mają sens, ale zrób sobie przerwę, zrobiłem się głodny.
Zaśmiałam się pod nosem i zawołałam Louisa, który od razu przyniósł nam obiad.
Nie zaczęliśmy jeszcze jeść, gdy usłyszeliśmy głos Alice.
- Louis mam nadzieję, że zostało jeszcze coś z tej przepysznej zapiekanki jaką zrobiłeś, bo jestem bardzo głodna - powiedziała i stanęła jak wryta, gdy nas zobaczyła.
- Wyglądasz jak przestraszona sarna - stwierdziła Jacob, po czym łagodniej dodał - proszę, usiądź obok mnie i zjedz z nami.
Dziewczyna odwróciła głowę w stronę drzwi jakby zastanawiała się czy może jeszcze uciec, ale po chwili zmieniła zdanie i usiadła na wskazanym przez mojego kuzyna miejscu.
Usiadła prosto, wręcz nienaturalnie, wyglądała jakby połknęła miotłę. Nie wiadomo czemu nagle stała się małomówna i wbrew swoim wcześniejszym słowom, wcale dużo nie zjadła. Mieszała beznamiętnie widelcem w jedzeniu i patrzyła w przestrzeń. Nie wiem co się z nią działo, ale zaczynało mnie to przerażać.
- Alice, proszę nie zachowuj się jak pięcioletnie dziecko i porozmawiaj z nami. Treningi mnie wykańczają, Tomek irytuje, a o Marcusie nadal nic nie wiemy - powiedziałam na jednym wdechu, po czym dodałam trochę ciszej - potrzebuję cię.
W jej oczach zobaczyłam znajomy błysk, to była moja Alice.
- Przepraszam, powinnam się tobą zająć, ale... - zerknęła katem oka na Jacoba - wydaje mi się, że to nie mnie potrzebujesz w tym momencie. Jacob jest bardzo dobrym nauczycielem i co ważniejsze jesteście rodziną.
Złapałam ją za rękę, nie wierzyłam, że to powiedziała.
- Jesteś dla mnie jak rodzina i potrzebuję twojego wsparcia. Widzę, że z tobą też nie jest za dobrze i dlatego wiedz, że zawsze możesz przyjść do mnie i porozmawiać.
Oczy Alice zrobiły się wielkie jak pięciozłotówki, potrząsnęła głową, a twarz zakryły jej idealnie proste, rude włosy.
- Nie zmieniłam się, jestem taka sama jak...
- Jak kiedy?! - krzyknęłam - przed zaginięciem Marcusa czy przed przyjazdem Jacoba, bo już naprawdę nie wiem w czym tkwi problem.
Jacob zdziwiony spojrzał na Alice, która właśnie rzuciła mi wściekłe spojrzenie.
- Jeżeli to ja jestem problemem... - zaczął, ale dziewczyna podniosła otwartą dłoń na znak, że powinien zamilknąć.
- Zamknij się Jacob - powiedziała i wyszła z jadalni.
Jacob powiedział, że zaprowadzi mnie w miejsce gdzie będę mogła "odpocząć", nie chciałam robić mu przykrości, ale on i odpoczynek po prostu do siebie nie pasowali. Podejrzewałam, że zaprowadzi mnie na jakąś magiczną siłownie, a potem będzie się dziwił dlaczego nie jestem zrelaksowana. O tak, nie byliśmy do siebie podobni.
- Martwię się o Alice – głos kuzyna wyrwał mnie z zamyślenia.
- Dlaczego?
Wzruszył ramionami i spojrzał na zabudwania znajdujące się przed nami.
- Nie wiem, chyba mnie nie lubi.
- I to cię tak martwi? – Zapytałam siłą powstrzymując śmiech – Nie martw się, Marcusa też nie darzyła sympatią.
- Nie rozumiesz, musi przestać się tak zachowywać, bo jest nam potrzebna, a niewiele elfów lubi czarownice. Pewnie tego nie wiesz, ale jest bardzo uzdolniona, uratowała mnie parę razy i jestem jej za to bardzo wdzięczny.
- Myślałam, że jej rola ograniczała się jedynie do zostawiania ciebie w tunelach. – powiedziałam, a on się mimowolnie skrzywił.
- I właśnie to mnie martwi, była naprawdę dobrą wojowniczką, a pamięta jedynie to co robiła źle. W jakiś pokręcony sposób opiekuje się tobą i czuje się odpowiedzialna za Marcusa, ale to wszystko. Chce się wycofać ze wszystkich obowiązków i powinności, widzę to.
- Nic jej nie będzie, nie tej Alice, która wyszła z eleganckiej imprezy oknem tylko dlatego, że chłopak próbował się jej oświadczyć.
- Chyba żartujesz...
- Nie, widocznie wszyscy których wychowywała moja babką są trochę szurnięci.
- To było wredne, popatrz na mnie, jestem normalny.
- Tak myślisz? – Zapytałam rozbawiona, trafiłam w jego czuły punkt.
Uśmiechnął się, a po chwili jego usta wykrzywiły się w literę "O". Próbował mnie złapać, ale nie zdążył, poczułam jak upadam na ziemie na skutek uderzenia w plecy. Widziałam tylko fragmenty, Jacob walczył z coraz większą ilością przeciwników, a jego szanse na zwycięstwo malały z każdą kolejną minutą. Nie wiedziałam jaki ma plan, ale postanowiłam mu pomóc i właśnie w momencie, gdy wstałam poczułam jak złapał mnie za ramię i pociągnął w głąb uliczki.
Biegłam tak szybko jak mogłam, ale czułam, że to jest wciąż za mało. Nie mogliśmy im uciec, bo ciągle byli za nami. Ulice zaczęły wyglądać dla mnie tak samo, widziałam tylko chodnik i ludzi których mijaliśmy w pośpiechu. Jacob ciągle trzymał moją dłoń i decydował o tym gdzie biegniemy. Nie wiedziałam jak dobrze zna miasto, ale miałam nadzieje, że wie co robi.
- Szybciej kretyni, musimy ją złapać - usłyszałam za sobą krzyk i momentalnie się odwróciłam.
Spojrzałam w jego oczy tylko na sekundę, ale to wystarczyło, żebym się potknęła i wylądowała na chodniku. Nie patrząc na zadrapane ręce od razu wstałam i pociągnąwszy za sobą Jacoba przebiegłam przez ulicę. Widziałam nadjeżdżający tramwaj i uśmiechnęłam się, bo miałam nadzieję, że na chwilę spowolni on nasz pościg.
Wbiegliśmy do parku i po chwili skręciliśmy w jedną z dróżek, miejsce było zadrzewione i miałam nadzieję, że nas nie zauważą. Teraz to ja prowadziłam, a mój plan zakładał wejście na Wzgórze Partyzantów. Podejrzewałam, że napakowani idioci będą szukali nas w parku, więc szybko pociągnęłam Jacoba w stronę budynku.
Musiałam odpocząć chociaż chwilę, więc usiadłam pod jedną z kolumn i delektowałam się jej zimnem.
- Nie możemy tutaj zostać - powiedział uważnie rozglądając się dookoła.
- Wiem, ale jesteśmy za bardzo widoczni, żeby od razu zejść.
Nagle zaczęła otaczać nas mgła, nie wiedziałam co się dzieje, więc spojrzałam na przerażonego kuzyna.
- Mają czarodzieja z mocą wody. Chodź, musimy uciekać - odpowiedział na moje niezadane pytanie.
Syknęłam zirytowana, nie byłam wysportowana, a właśnie zaliczyłam WF, który spokojnie starczy mi na następne parę lat.
Pobiegłam za nim, no właśnie znowu biegliśmy, uciekaliśmy i udowadnialiśmy tym idiotom, że jesteśmy słabi. Nie mogłam tego znieść, więc zatrzymałam się. Byliśmy na samym końcu drogi prowadzącej z rynku, patrzyłam właśnie na swój Uniwersytet w którym kiedyś mieścił się zakon jezuitów.
Wiedziałam co muszę zrobić.
Na samym środku stała choinka, która składała się z wielkich, białych kul. Miałam dzisiaj szczęście.
Złapałam mocniej Jacoba za rękę i pobiegłam w miejsce z którego nikt nie powinien zauważyć walki, było to zwykłe przejście, którym często przechodziłam idąc na zajęcia.
Od strony ulicy nie powinno być zbyt wielu ciekawskich, a z drugiej strony zasłaniała nas fontanna i choinka.
Zatrzymałam się i próbując doprowadzić moją psychikę do ładu przyjrzałam się łukom, które zdobiły tę część budynku. Podczas chwili odpoczynku i kontemplacji udało mi się odrobinę uspokoić moje serce, które biło jak szalone.
Nie musieliśmy długo czekać, żeby zobaczyć Tomka i jego kolegów.
- Rozumiem, że możesz być zły za spaloną lasagne, ale od razu pościg przez całe miasto? Kochanie przepraszam, ale to jest już chyba przesada.
Słyszałam jak mój głos ocieka sarkazmem i poczułam się trochę lepiej uświadamiając sobie swoją pewność siebie.
- Nie będziesz się tak śmiała, gdy dołączysz do swojego przyjaciela - powiedział bezczelnie się przy tym uśmiechając.
Wyrwałam się kuzynowi z uścisku i podeszłam do mojego chłopaka, którego blond włosy wirowały dookoła. Spojrzałam w jego zielone oczy i zacisnęłam szczękę.
Jak mogłam się tak bardzo pomylić?
- Chcę go odzyskać - warknęłam
- To go sobie weź - zaplótł ręce na piersi - a nie, przecież nic nie możesz zrobić. Nie masz swojej mocy.
Wiem, że w tamtym momencie chodziło im o mnie i Jacob wolałby żebyśmy uciekali, ale nie byłam tchórzem. Poczułam jak coś we mnie pękło, nagle cały gniew jaki w sobie tłumiłam wypłynął ze mnie niczym huragan. Nie widziałam oczami, wszystko co mnie otaczało było energią, którą skierowałam w stronę przeciwników. Zawładnęła mną moc i nie wiem co by się ze mną stało, gdybym nie poczuła na ramieniu ręki Jacoba, który prosił mnie, żebym do niego wróciła.
Wszystko się uspokoiło, barwy zniknęły, ogień zgasł. Ogień... wywołałam ogień!
Spojrzałam na Jacoba, żeby upewnić się, że to naprawdę miało miejsce i wtedy zobaczyłam jak zbliżają się do nas kolejne postacie, a na ich czele Tomek na którego ogień najwidoczniej nie zadziałał, bo miał tylko lekko podpalone ubranie.
Jednego mogłam być pewna, grymas na jego twarzy nie oznaczał zadowolenia.
Pomyślałam tylko o ochronie, działałam instynktownie i nagle mnie i Jacoba otoczył ogień, znajdowaliśmy się w samym środku płonącego okręgu.
- Czy wiesz, co zrobiłaś?! – Krzyknął do mnie Jacob.
- Coś złego?
- Nie zbliżą się do nas, ale jesteś za słaba, żeby wydostać nas z tego kręgu, a może to zrobić jedynie osoba rzucająca zaklęcie, lub jej strażnik, a nie sądzę, żeby ci jakiegoś przydzielono, skoro odebrano ci moc!
- Chwila, nie jesteś tego pewien, więc możemy spróbować. Jak mam przywołać mojego bodyguarda?
Podniósł pięść na wysokość swojej brody i walczył ze sobą, nawet nie miałam ochoty zgadywać o czym myślał. Chyba właśnie dokonałam niemożliwego, wyprowadziłam pana idealnego z równowagi.
Minęła dłuższa chwila zanim pokręcił głową i trochę bardziej wyrozumiale niż wcześniej spojrzał na mnie.
- Zamknij oczy - powiedział
- Czy wszystkie zaklęcia jakie znasz zaczynają się od wyrzekania się zmysłu wzroku?
- Anastazjo, to nie jest czas na wątpliwości.
Spojrzałam ponad otaczający nas ogień i zobaczyłam Tomka, który stał z poważnym wyrazem twarzy i przyglądał się nam uważnie. Musiałam coś zrobić, nie mogłam tak tkwić w tym więzieniu tym bardziej, że ludzi mógłby zainteresować ogień, którego nie można zgasić.
Zamknęłam oczy.
Poczułam jak całe napięcie mnie opuszcza.
- A teraz ją wezwij - powiedział spiętym głosem.
- To jak kuzyneczko, zapalisz świece siłą umysłu? - wyszczerzył zęby w uśmiechu, a ja miałam ochotę uderzyć go z całej siły w twarz.
- Zwariowałeś, chcę spokojnie zjeść - warknęłam, a on wzruszył ramionami.
- Tak też myślałem - powiedział i rzucił w moją stronę pudełko zapałek, które od razu złapałam - trzymaj, musisz przyzwyczaić się do swojego żywiołu.
- To przynajmniej umiem - mruknęłam wyciągając zapałkę.
- Jest mały haczyk, musisz zapalić zapałkę siłą umysłu.
- Chyba kpisz.
- Nie ma nic prostszego, dzieci w przedszkolu potrafią to robić.
Po godzinie, gdy nadal nie potrafiłam zapalić zapałki nie wyglądał już na takiego przekonanego.
- Jacob, nie widzisz, że to nie ma sensu?
- Moje ćwiczenia mają sens, ale zrób sobie przerwę, zrobiłem się głodny.
Zaśmiałam się pod nosem i zawołałam Louisa, który od razu przyniósł nam obiad.
Nie zaczęliśmy jeszcze jeść, gdy usłyszeliśmy głos Alice.
- Louis mam nadzieję, że zostało jeszcze coś z tej przepysznej zapiekanki jaką zrobiłeś, bo jestem bardzo głodna - powiedziała i stanęła jak wryta, gdy nas zobaczyła.
- Wyglądasz jak przestraszona sarna - stwierdziła Jacob, po czym łagodniej dodał - proszę, usiądź obok mnie i zjedz z nami.
Dziewczyna odwróciła głowę w stronę drzwi jakby zastanawiała się czy może jeszcze uciec, ale po chwili zmieniła zdanie i usiadła na wskazanym przez mojego kuzyna miejscu.
Usiadła prosto, wręcz nienaturalnie, wyglądała jakby połknęła miotłę. Nie wiadomo czemu nagle stała się małomówna i wbrew swoim wcześniejszym słowom, wcale dużo nie zjadła. Mieszała beznamiętnie widelcem w jedzeniu i patrzyła w przestrzeń. Nie wiem co się z nią działo, ale zaczynało mnie to przerażać.
- Alice, proszę nie zachowuj się jak pięcioletnie dziecko i porozmawiaj z nami. Treningi mnie wykańczają, Tomek irytuje, a o Marcusie nadal nic nie wiemy - powiedziałam na jednym wdechu, po czym dodałam trochę ciszej - potrzebuję cię.
W jej oczach zobaczyłam znajomy błysk, to była moja Alice.
- Przepraszam, powinnam się tobą zająć, ale... - zerknęła katem oka na Jacoba - wydaje mi się, że to nie mnie potrzebujesz w tym momencie. Jacob jest bardzo dobrym nauczycielem i co ważniejsze jesteście rodziną.
Złapałam ją za rękę, nie wierzyłam, że to powiedziała.
- Jesteś dla mnie jak rodzina i potrzebuję twojego wsparcia. Widzę, że z tobą też nie jest za dobrze i dlatego wiedz, że zawsze możesz przyjść do mnie i porozmawiać.
Oczy Alice zrobiły się wielkie jak pięciozłotówki, potrząsnęła głową, a twarz zakryły jej idealnie proste, rude włosy.
- Nie zmieniłam się, jestem taka sama jak...
- Jak kiedy?! - krzyknęłam - przed zaginięciem Marcusa czy przed przyjazdem Jacoba, bo już naprawdę nie wiem w czym tkwi problem.
Jacob zdziwiony spojrzał na Alice, która właśnie rzuciła mi wściekłe spojrzenie.
- Jeżeli to ja jestem problemem... - zaczął, ale dziewczyna podniosła otwartą dłoń na znak, że powinien zamilknąć.
- Zamknij się Jacob - powiedziała i wyszła z jadalni.
Jacob powiedział, że zaprowadzi mnie w miejsce gdzie będę mogła "odpocząć", nie chciałam robić mu przykrości, ale on i odpoczynek po prostu do siebie nie pasowali. Podejrzewałam, że zaprowadzi mnie na jakąś magiczną siłownie, a potem będzie się dziwił dlaczego nie jestem zrelaksowana. O tak, nie byliśmy do siebie podobni.
- Martwię się o Alice – głos kuzyna wyrwał mnie z zamyślenia.
- Dlaczego?
Wzruszył ramionami i spojrzał na zabudwania znajdujące się przed nami.
- Nie wiem, chyba mnie nie lubi.
- I to cię tak martwi? – Zapytałam siłą powstrzymując śmiech – Nie martw się, Marcusa też nie darzyła sympatią.
- Nie rozumiesz, musi przestać się tak zachowywać, bo jest nam potrzebna, a niewiele elfów lubi czarownice. Pewnie tego nie wiesz, ale jest bardzo uzdolniona, uratowała mnie parę razy i jestem jej za to bardzo wdzięczny.
- Myślałam, że jej rola ograniczała się jedynie do zostawiania ciebie w tunelach. – powiedziałam, a on się mimowolnie skrzywił.
- I właśnie to mnie martwi, była naprawdę dobrą wojowniczką, a pamięta jedynie to co robiła źle. W jakiś pokręcony sposób opiekuje się tobą i czuje się odpowiedzialna za Marcusa, ale to wszystko. Chce się wycofać ze wszystkich obowiązków i powinności, widzę to.
- Nic jej nie będzie, nie tej Alice, która wyszła z eleganckiej imprezy oknem tylko dlatego, że chłopak próbował się jej oświadczyć.
- Chyba żartujesz...
- Nie, widocznie wszyscy których wychowywała moja babką są trochę szurnięci.
- To było wredne, popatrz na mnie, jestem normalny.
- Tak myślisz? – Zapytałam rozbawiona, trafiłam w jego czuły punkt.
Uśmiechnął się, a po chwili jego usta wykrzywiły się w literę "O". Próbował mnie złapać, ale nie zdążył, poczułam jak upadam na ziemie na skutek uderzenia w plecy. Widziałam tylko fragmenty, Jacob walczył z coraz większą ilością przeciwników, a jego szanse na zwycięstwo malały z każdą kolejną minutą. Nie wiedziałam jaki ma plan, ale postanowiłam mu pomóc i właśnie w momencie, gdy wstałam poczułam jak złapał mnie za ramię i pociągnął w głąb uliczki.
Biegłam tak szybko jak mogłam, ale czułam, że to jest wciąż za mało. Nie mogliśmy im uciec, bo ciągle byli za nami. Ulice zaczęły wyglądać dla mnie tak samo, widziałam tylko chodnik i ludzi których mijaliśmy w pośpiechu. Jacob ciągle trzymał moją dłoń i decydował o tym gdzie biegniemy. Nie wiedziałam jak dobrze zna miasto, ale miałam nadzieje, że wie co robi.
- Szybciej kretyni, musimy ją złapać - usłyszałam za sobą krzyk i momentalnie się odwróciłam.
Spojrzałam w jego oczy tylko na sekundę, ale to wystarczyło, żebym się potknęła i wylądowała na chodniku. Nie patrząc na zadrapane ręce od razu wstałam i pociągnąwszy za sobą Jacoba przebiegłam przez ulicę. Widziałam nadjeżdżający tramwaj i uśmiechnęłam się, bo miałam nadzieję, że na chwilę spowolni on nasz pościg.
Wbiegliśmy do parku i po chwili skręciliśmy w jedną z dróżek, miejsce było zadrzewione i miałam nadzieję, że nas nie zauważą. Teraz to ja prowadziłam, a mój plan zakładał wejście na Wzgórze Partyzantów. Podejrzewałam, że napakowani idioci będą szukali nas w parku, więc szybko pociągnęłam Jacoba w stronę budynku.
Musiałam odpocząć chociaż chwilę, więc usiadłam pod jedną z kolumn i delektowałam się jej zimnem.
- Nie możemy tutaj zostać - powiedział uważnie rozglądając się dookoła.
- Wiem, ale jesteśmy za bardzo widoczni, żeby od razu zejść.
Nagle zaczęła otaczać nas mgła, nie wiedziałam co się dzieje, więc spojrzałam na przerażonego kuzyna.
- Mają czarodzieja z mocą wody. Chodź, musimy uciekać - odpowiedział na moje niezadane pytanie.
Syknęłam zirytowana, nie byłam wysportowana, a właśnie zaliczyłam WF, który spokojnie starczy mi na następne parę lat.
Pobiegłam za nim, no właśnie znowu biegliśmy, uciekaliśmy i udowadnialiśmy tym idiotom, że jesteśmy słabi. Nie mogłam tego znieść, więc zatrzymałam się. Byliśmy na samym końcu drogi prowadzącej z rynku, patrzyłam właśnie na swój Uniwersytet w którym kiedyś mieścił się zakon jezuitów.
Wiedziałam co muszę zrobić.
Na samym środku stała choinka, która składała się z wielkich, białych kul. Miałam dzisiaj szczęście.
Złapałam mocniej Jacoba za rękę i pobiegłam w miejsce z którego nikt nie powinien zauważyć walki, było to zwykłe przejście, którym często przechodziłam idąc na zajęcia.
Od strony ulicy nie powinno być zbyt wielu ciekawskich, a z drugiej strony zasłaniała nas fontanna i choinka.
Zatrzymałam się i próbując doprowadzić moją psychikę do ładu przyjrzałam się łukom, które zdobiły tę część budynku. Podczas chwili odpoczynku i kontemplacji udało mi się odrobinę uspokoić moje serce, które biło jak szalone.
Nie musieliśmy długo czekać, żeby zobaczyć Tomka i jego kolegów.
- Rozumiem, że możesz być zły za spaloną lasagne, ale od razu pościg przez całe miasto? Kochanie przepraszam, ale to jest już chyba przesada.
Słyszałam jak mój głos ocieka sarkazmem i poczułam się trochę lepiej uświadamiając sobie swoją pewność siebie.
- Nie będziesz się tak śmiała, gdy dołączysz do swojego przyjaciela - powiedział bezczelnie się przy tym uśmiechając.
Wyrwałam się kuzynowi z uścisku i podeszłam do mojego chłopaka, którego blond włosy wirowały dookoła. Spojrzałam w jego zielone oczy i zacisnęłam szczękę.
Jak mogłam się tak bardzo pomylić?
- Chcę go odzyskać - warknęłam
- To go sobie weź - zaplótł ręce na piersi - a nie, przecież nic nie możesz zrobić. Nie masz swojej mocy.
Wiem, że w tamtym momencie chodziło im o mnie i Jacob wolałby żebyśmy uciekali, ale nie byłam tchórzem. Poczułam jak coś we mnie pękło, nagle cały gniew jaki w sobie tłumiłam wypłynął ze mnie niczym huragan. Nie widziałam oczami, wszystko co mnie otaczało było energią, którą skierowałam w stronę przeciwników. Zawładnęła mną moc i nie wiem co by się ze mną stało, gdybym nie poczuła na ramieniu ręki Jacoba, który prosił mnie, żebym do niego wróciła.
Wszystko się uspokoiło, barwy zniknęły, ogień zgasł. Ogień... wywołałam ogień!
Spojrzałam na Jacoba, żeby upewnić się, że to naprawdę miało miejsce i wtedy zobaczyłam jak zbliżają się do nas kolejne postacie, a na ich czele Tomek na którego ogień najwidoczniej nie zadziałał, bo miał tylko lekko podpalone ubranie.
Jednego mogłam być pewna, grymas na jego twarzy nie oznaczał zadowolenia.
Pomyślałam tylko o ochronie, działałam instynktownie i nagle mnie i Jacoba otoczył ogień, znajdowaliśmy się w samym środku płonącego okręgu.
- Czy wiesz, co zrobiłaś?! – Krzyknął do mnie Jacob.
- Coś złego?
- Nie zbliżą się do nas, ale jesteś za słaba, żeby wydostać nas z tego kręgu, a może to zrobić jedynie osoba rzucająca zaklęcie, lub jej strażnik, a nie sądzę, żeby ci jakiegoś przydzielono, skoro odebrano ci moc!
- Chwila, nie jesteś tego pewien, więc możemy spróbować. Jak mam przywołać mojego bodyguarda?
Podniósł pięść na wysokość swojej brody i walczył ze sobą, nawet nie miałam ochoty zgadywać o czym myślał. Chyba właśnie dokonałam niemożliwego, wyprowadziłam pana idealnego z równowagi.
Minęła dłuższa chwila zanim pokręcił głową i trochę bardziej wyrozumiale niż wcześniej spojrzał na mnie.
- Zamknij oczy - powiedział
- Czy wszystkie zaklęcia jakie znasz zaczynają się od wyrzekania się zmysłu wzroku?
- Anastazjo, to nie jest czas na wątpliwości.
Spojrzałam ponad otaczający nas ogień i zobaczyłam Tomka, który stał z poważnym wyrazem twarzy i przyglądał się nam uważnie. Musiałam coś zrobić, nie mogłam tak tkwić w tym więzieniu tym bardziej, że ludzi mógłby zainteresować ogień, którego nie można zgasić.
Zamknęłam oczy.
Poczułam jak całe napięcie mnie opuszcza.
- A teraz ją wezwij - powiedział spiętym głosem.
A
___________________________________
Motywujecie mnie, naprawdę :-)
Muszę przyznać, że po raz pierwszy umiejscowiłam akcję w prawdziwych miejscach (Wzgórze Partyzantów i UWr - Wrocław) i szczerze mówiąc strasznie się z tym męczyłam, bo nie mogłam tego opisać. Tak naprawdę tylko napomknęłam, że są w tych miejscach, ale żeby opisać dokładnie miejsce... Hmm coś nowego, przynajmniej wiem nad czym muszę popracować :-)
sobota, 31 stycznia 2015
10. Przyjazd Jacoba
Do celi wszedł umięśniony ochroniarz, sadysta, psychopata.
Jak zwał tak zwał, na pewno nie przyszedł porozmawiać o ostatnio przeczytanej książce.
Zaśmiał się i uważnie rozejrzał po celi, chociaż w tych ciemnościach pewnie niczego nie dostrzegł.
- Czego ode mnie chcecie?! – warknąłem. Nie wiedziałam, że mój głos aż tak bardzo się zmienił, był zachrypnięty i słychać w nim było moje wycieńczenie.
- Wkrótce się przekonasz chłopczyku.
***
Lotnisko, to dziwne miejsce, jednocześnie wesołe i smutne, zależy dla kogo. Siedziałam razem z Alice na jednym z kolorowych krzesełek i czekałyśmy na Jacoba, który usłyszawszy moją historię od razu zgodził się przyjechać, jego jedynym warunkiem było zapewnienie, że nie będzie musiał podróżować tunelami z Alice.
- Neurotyk – mruknęła Alice po rozmowie telefonicznej z Jacobem.
- Uważaj, bo już ci wierzę, powiedz lepiej co mu takiego zrobiłaś.
- Nic – powiedziała wyrzucając ręce do góry – wymyślił sobie, że gdy byliśmy mali specjalnie go zostawiłam w jednym z tunelów. Prawda jest taka, że sam się zgubił i dlatego o nim zapomniałam.
Z wielkim trudem powstrzymałam śmiech na tyle, żeby dopytać się o inne szczegóły tej historii.
- Jak długo tam został?
- Nie wiem, twoja babcia zauważyła jego nieobecność po tygodniu.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem, te dzieciaki bawiły się w hardcorową wersję zabawy w chowanego.
- Naprawdę tyle czasu tam spędził?
- Oczywiście, że nie. Moja ciotka bardzo szybko go znalazła i został u niej do czasu, aż zaczęliśmy go szukać. Uwierzysz, że nie chciał jej powiedzieć gdzie mieszka?!
Z takimi współlokatorami? Nie dziwię się, że nie chciał wracać...
Z takimi współlokatorami? Nie dziwię się, że nie chciał wracać...
- Już jest – usłyszałam szept Alice
Podniosłam wzrok do góry i zobaczyłam wysokiego bruneta o subtelnej urodzie. Nie rozglądał się po sali, tylko od razu do nas podszedł. Wstałam, gdy zbliżył się do mnie. Wcześniej próbowałam sobie wyobrazić nasze pierwsze spotkanie, niezręczność i dystans, których w rzeczywistości wcale nie doświadczyłam.
Chłopak uśmiechnął się i przytulił mnie tak jak kogoś z kim od zawsze był blisko.
- Wiedziałem, że znowu się zobaczymy – szepnął w moje włosy.
Zesztywniałam, moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa i znalazłam się w stanie odrętwienia.
- Nie rozumiem, przecież nigdy wcześniej się nie widzieliśmy.
Jacob spojrzał na mnie smutno i złapał mnie czule za rękę, jego oczy skrywały ból, którego w tamtym momencie nie rozumiałam.
- Będziemy tutaj tak stali, czy zawieziecie mnie do jakiegoś bezpieczniejszego miejsca?
- Już się robi – powiedziała Alice, a na twarzy Jacoba pojawiło się przerażenie.
- Spokojnie mam samochód – dopowiedziała, gdy zrozumiała wątpliwości chłopaka.
Alice wyjęła kluczyki, a ja szybko wymieniłam się z kuzynem udręczonym spojrzeniem. Oczywiście nikt z nas nie chciał podróżować tunelami, ale wizja jazdy przez miasto z naszą przyjaciółką za kierownicą, wcale nie była najlepszą opcją.
- Czym się zajmujesz? – Zapytałam próbując uspokoić Jacoba.
Nie skarżył się, ale widziałam, że niechętnie siedział w samochodzie, który prowadziła Alice.
- Studiowałem prawo, obecnie zajmuję się uczeniem magii.
- Kogo uczysz?
- Chłopców, muszą się nauczyć wielu zaklęć przydatnych w walce, chociaż tak naprawdę w rzeczywistości nikt nie recytuje formułek. Trudno to wyjaśnić, ale w pewnym momencie nie potrzebujesz takich dodatków, bo stajesz się magią, czystą energią z którą możesz zrobić co tylko zechcesz.
- Dziękuję, że zgodziłeś się przygotować mnie do walki – zacisnęłam palce na jego dłoni i uśmiechnęłam się smutno.
Tak będzie teraz wyglądało moje życie, ciągła walka o przetrwanie. Nie o tym marzyłam.
- Zrobię to z przyjemnością, ale chciałbym, żebyś mi wytłumaczyła dlaczego tak wam się śpieszy.
- Nic nie wiesz? – Zmarszczył brwi nie wiedząc o czym mówię, a ja wściekła popatrzyłam na Alice, która tylko wzruszyła ramionami. – Moim przeznaczonym jest Marcus – usłyszałam jak wciągnął gwałtownie powietrze – Na początku nie chciał się do tego przyznać, a kiedy już dowiedziałam się prawdy, to zaginął. Oczywiście mógł uciec, ale...
- On nie ucieka – szepnął Jacob i przeczesał palcami włosy – nie wierzę, że go dopadła. Bez urazy siostro, ale on jest potężny. Nie mogę porównywać waszych mocy, ale ty w przeciwieństwie do niego nie masz jeszcze doświadczenia.
- To nie wszystko – odezwała się Alice, która właśnie zmieniała biegi. Spojrzała na nas w lusterku i zrobiła dobrze mi znany grymas.
- Adrianna próbowała szkolić Anastazję, Marcus pracował z nią nad koncentracją, ale pomimo sporadycznych wybuchów mocy oboje byli tego samego zdania – zrobiła dramatyczną pauzę za co na chwilę ją znienawidziłam – Zaklęcie waszej babki nadal działa, może i już wie o magii, ale nie może do niej dotrzeć. Nie umiem tego lepiej wytłumaczyć, po prostu Elizabeth zrobiła kawał dobrej roboty z tym swoim zaklęciem.
Nienawidziłam, po prostu nienawidziłam jak mówiono o mnie tak jakby nie było mnie w pomieszczeniu.
- Cholera – usłyszałyśmy przekleństwo i od razu spojrzałyśmy na Jacoba.
- Wiem jak można odwrócić te zaklęcie, ale musimy tutaj sprowadzić pewną osobę i to na cito.
- Kogo takiego? – Zapytałyśmy jednocześnie.
- Niedługo się dowiecie.
- A nie możemy poczekać do czasu, gdy twoi ludzie odblokują moją moc? – jęknęłam niezadowolona.
Zrobił tą swoją nieustępliwą minę i nie potrzebowałam już żadnych słów, żeby wiedzieć co myśli o moim pomyśle. Ciągle powtarza mi żebym była odpowiedzialna... Wygląda na to, że postanowił wychować mnie po swojemu i najwyraźniej nie zraził go fakt, że jestem już dorosła.
- Będziemy tutaj tak stali, czy zawieziecie mnie do jakiegoś bezpieczniejszego miejsca?
- Już się robi – powiedziała Alice, a na twarzy Jacoba pojawiło się przerażenie.
- Spokojnie mam samochód – dopowiedziała, gdy zrozumiała wątpliwości chłopaka.
Alice wyjęła kluczyki, a ja szybko wymieniłam się z kuzynem udręczonym spojrzeniem. Oczywiście nikt z nas nie chciał podróżować tunelami, ale wizja jazdy przez miasto z naszą przyjaciółką za kierownicą, wcale nie była najlepszą opcją.
- Czym się zajmujesz? – Zapytałam próbując uspokoić Jacoba.
Nie skarżył się, ale widziałam, że niechętnie siedział w samochodzie, który prowadziła Alice.
- Studiowałem prawo, obecnie zajmuję się uczeniem magii.
- Kogo uczysz?
- Chłopców, muszą się nauczyć wielu zaklęć przydatnych w walce, chociaż tak naprawdę w rzeczywistości nikt nie recytuje formułek. Trudno to wyjaśnić, ale w pewnym momencie nie potrzebujesz takich dodatków, bo stajesz się magią, czystą energią z którą możesz zrobić co tylko zechcesz.
- Dziękuję, że zgodziłeś się przygotować mnie do walki – zacisnęłam palce na jego dłoni i uśmiechnęłam się smutno.
Tak będzie teraz wyglądało moje życie, ciągła walka o przetrwanie. Nie o tym marzyłam.
- Zrobię to z przyjemnością, ale chciałbym, żebyś mi wytłumaczyła dlaczego tak wam się śpieszy.
- Nic nie wiesz? – Zmarszczył brwi nie wiedząc o czym mówię, a ja wściekła popatrzyłam na Alice, która tylko wzruszyła ramionami. – Moim przeznaczonym jest Marcus – usłyszałam jak wciągnął gwałtownie powietrze – Na początku nie chciał się do tego przyznać, a kiedy już dowiedziałam się prawdy, to zaginął. Oczywiście mógł uciec, ale...
- On nie ucieka – szepnął Jacob i przeczesał palcami włosy – nie wierzę, że go dopadła. Bez urazy siostro, ale on jest potężny. Nie mogę porównywać waszych mocy, ale ty w przeciwieństwie do niego nie masz jeszcze doświadczenia.
- To nie wszystko – odezwała się Alice, która właśnie zmieniała biegi. Spojrzała na nas w lusterku i zrobiła dobrze mi znany grymas.
- Adrianna próbowała szkolić Anastazję, Marcus pracował z nią nad koncentracją, ale pomimo sporadycznych wybuchów mocy oboje byli tego samego zdania – zrobiła dramatyczną pauzę za co na chwilę ją znienawidziłam – Zaklęcie waszej babki nadal działa, może i już wie o magii, ale nie może do niej dotrzeć. Nie umiem tego lepiej wytłumaczyć, po prostu Elizabeth zrobiła kawał dobrej roboty z tym swoim zaklęciem.
Nienawidziłam, po prostu nienawidziłam jak mówiono o mnie tak jakby nie było mnie w pomieszczeniu.
- Cholera – usłyszałyśmy przekleństwo i od razu spojrzałyśmy na Jacoba.
- Wiem jak można odwrócić te zaklęcie, ale musimy tutaj sprowadzić pewną osobę i to na cito.
- Kogo takiego? – Zapytałyśmy jednocześnie.
- Niedługo się dowiecie.
***
Rozpadam się, rozpadam się na tysiące... Nie, na miliony kawałków. Wszyscy myślą, że jestem silna i przez większość czasu sama też tak myślę, ale nadchodzą takie momenty, gdy przestaję się okłamywać.
Skuliłam nogi i poprawiłam koc pod którym siedziałam. Była noc, a ja zamiast spać zabunkrowałam się na parapecie i patrzyłam na świat po drugiej stronie szyby. Nie tak powinno być.
Wytarłam samotną łzę jak tylko się pojawiła i nadal nieprzerwanie patrzyłam w mrok. Naprawdę nie wiem dlaczego to robiłam, może po prostu miałam nadzieję, że go zobaczę. Od czasu, gdy zaginął czuję jakby ktoś amputował mi kończynę bez której nie wyobrażam sobie dalszego życia. Tym właśnie dla mnie był i choć wcześniej nie miałam o tym pojęcia, to zależało mi na nim.
Westchnęłam zmęczona bezustannym czuwaniem.
Nie było ze mną dobrze i myślę, że nawet Tomek to zauważył. Każdy dzień zaczął wyglądać tak samo, jeździłam na treningi i do Adrianny, a później wracałam do domu. Zawsze czekał na mnie obiad, którego nie jadłam. Tomasz próbował ze mną rozmawiać, ale nie mogłam tego zrobić, wystarczająco dużo energii zabierało mi powstrzymywanie się przed przetestowaniem na nim jednego z chwytów jakich zdążył mnie już nauczyć Jacob.
Jacob...
Nadal nie powiedział kogo chce sprowadzić, a ja przestałam pytać. To nie było ważne, liczyło się tylko to, że ta osoba mogła mi pomóc.
Nadal nie odzyskałam mojej pełnej mocy, ale ponoć byłam na dobrej drodze i każdego dnia robiłam postępy.
- Dobrze, a teraz jeszcze raz pomyśl o ogniu, niech cię otoczy, będzie częścią ciebie. Najważniejsze jest wyzbycie się lęku, nie bój się poparzyć. On jest częścią ciebie, nie zrobi ci krzywdy, zaufaj mi.
Spojrzałam na Jacoba, byłam zmęczona, od ponad godziny próbowałam stworzyć kulę ognia i miałam już dosyć.
W ćwiczeniu przerwało nam skrzypnięcie drzwi. Znajdowaliśmy się w willi jednej z koleżanek Adrianny, więc nie mieliśmy wyznaczonego konkretnego pokoju na treningi i pewnie dlatego teraz patrzyliśmy na Alice. Miała na sobie cienką, niebieską sukienkę, co wydawało się nietypowe, ponieważ była zima. Prawdę mówiąc nie powinno mnie to dziwić, skoro tak naprawdę nie musiała wychodzić z budynków, żeby się przemieszczać.
Nerwowo zawijała na palec swoje długie, rude włosy, ostatnio zachowywała się inaczej, całkiem jakby jakaś obca istota przejęła kontrolę nad jej drobnym ciałem. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek wcześniej widziała ją taką spiętą, no może poza wszystkimi jej spotkaniami z Jacobem. Nie wiem czemu, ale zawsze, gdy go spotykała robiła się dziwnie spięta i nieuważna. O tak, kilka razy już stłukła ozdobne wazony, bo nie trafiła w drzwi. Działy się z nią dziwne rzeczy i dzisiaj było podobnie. Zaczęła się jąkać, aż w końcu bez słowa odwróciła się chcąc wyjść z pokoju. Niestety nie zauważyła stojącego za nią Louisa, który przyniósł nam właśnie podwieczorek. Alice zachwiała się i wylądowała na mężczyźnie, który upuścił tacę z jedzeniem.
Nerwowo zawijała na palec swoje długie, rude włosy, ostatnio zachowywała się inaczej, całkiem jakby jakaś obca istota przejęła kontrolę nad jej drobnym ciałem. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek wcześniej widziała ją taką spiętą, no może poza wszystkimi jej spotkaniami z Jacobem. Nie wiem czemu, ale zawsze, gdy go spotykała robiła się dziwnie spięta i nieuważna. O tak, kilka razy już stłukła ozdobne wazony, bo nie trafiła w drzwi. Działy się z nią dziwne rzeczy i dzisiaj było podobnie. Zaczęła się jąkać, aż w końcu bez słowa odwróciła się chcąc wyjść z pokoju. Niestety nie zauważyła stojącego za nią Louisa, który przyniósł nam właśnie podwieczorek. Alice zachwiała się i wylądowała na mężczyźnie, który upuścił tacę z jedzeniem.
Jacob podniósł jedną brew i osłupiały przyglądał się całej sytuacji. Zastanawiało mnie, czy w dzieciństwie Alice zachowywała się tak samo, a może po prostu w ten sposób reaguje na stres.
- Dobrze – usłyszałam po chwili kuzyna, który przeciągał każdą literę w nieskończoność – skoro mamy już za sobą tą niezręczną sytuację, to możemy wrócić do lekcji.- A nie możemy poczekać do czasu, gdy twoi ludzie odblokują moją moc? – jęknęłam niezadowolona.
Zrobił tą swoją nieustępliwą minę i nie potrzebowałam już żadnych słów, żeby wiedzieć co myśli o moim pomyśle. Ciągle powtarza mi żebym była odpowiedzialna... Wygląda na to, że postanowił wychować mnie po swojemu i najwyraźniej nie zraził go fakt, że jestem już dorosła.
A
_______________
No i jest kolejna część wcześniej niż myślałam :-)
W tym tygodniu nie pojawi się kolejny rozdział na żadnym z moich blogów
(no chyba, że dostanę nagłego napadu weny). Tak naprawdę nie wiem kiedy
dodam kolejny rozdział, bo mam teraz sesje, która będzie trwała do 14 lutego.
Dziękuję wszystkim za komentarze, to mnie motywuję, a tak poza tym, to uwielbiam je czytać ;-D
_______________
No i jest kolejna część wcześniej niż myślałam :-)
W tym tygodniu nie pojawi się kolejny rozdział na żadnym z moich blogów
(no chyba, że dostanę nagłego napadu weny). Tak naprawdę nie wiem kiedy
dodam kolejny rozdział, bo mam teraz sesje, która będzie trwała do 14 lutego.
Dziękuję wszystkim za komentarze, to mnie motywuję, a tak poza tym, to uwielbiam je czytać ;-D
poniedziałek, 19 stycznia 2015
9. Zaginiony
Nie wiem gdzie jestem.
Dookoła mnie jest ciemno, śmierdzi pleśnią i słyszę jedynie miarowe kapanie z sufitu.
Czy to woda? Nie wiem. Zważając na okoliczności równie dobrze może to być krew wisielca, którego nie mogę zobaczyć. Pewnie powiecie, że wisielce nie krwawią i nie zamierzam się z wami o to kłócić, po prostu w tym miejscu nikt nie decyduje o swoim losie.
Chciałbym się stąd wydostać, uciec, ale nie mogę. Coś lub ktoś powstrzymuje, trzyma na uwięzi moje magiczne zdolności. To jest prawdziwa tortura jakiej nikomu nie życzę.
Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę mógł spojrzeć w niebo.
Oczywiście nie tego pragnę najbardziej, ale już sama myśl o niej sprawia, że czuję ból w żołądku.
Wie kim jestem, więc będzie próbowała mnie odnaleźć, a nie jest jeszcze gotowa na stawienie czoła tym ludziom, kimkolwiek oni są. Mam tylko nadzieję, że będzie ostrożna i wyjdzie z tego cała.
***
- Jak to nie wrócił do pokoju? – wstrząsnął moim ciałem dreszcz spowodowany nie tyle zdenerwowaniem co poczuciem pustki. Moje ciało reagowało na nieznane mi bodźce, a ja nie umiałam nad tym zapanować.
- Mieszkał tutaj jakiś czas, często w nocy wychodził, ale zawsze wracał, albo dawał mi jakoś znać, że nic mu nie jest – powiedziała zdenerwowana Adrianna.
Stuknęłam delikatnie łyżeczką w talerzyk, starając się zająć czymś swoje ręce i nie patrzeć w oczy Adrianny.
- Myślisz, że mogło mu się przytrafić coś... – przełknęłam nerwowo ślinę – myślisz, że ktoś mógł go skrzywdzić?
- Tylko ty możesz to sprawdzić.
Westchnęłam, to wszystko robiło się coraz dziwniejsze.
- W jaki sposób?
- Możesz wejść w jego umysł, musisz tylko zamknąć oczy i przywołać ze swojej pamięci wszystko co według ciebie tworzy jego istotę.
Wbrew pozorom nie było to trudne, od razu zobaczyłam jego twarz, poczułam jego zapach, miałam wrażenie, że jest tuż obok mnie, a jednak nie mogłam przejść do jego umysłu. Nie wiem skąd, ale wiedziałam, że byłam blisko, jednak coś nie pozwalało mi do niego dojść. Czułam niewidzialny mur od którego odbijało się moje jestestwo. To nie był dobry znak, szczerze mówiąc właśnie w tamtym momencie zaczęłam się na poważnie martwić o Marcusa. Gdziekolwiek był, ktoś lub coś tworzyły wokół niego osłonę uniemożliwiając mi wejrzenie w jego umysł.
Adrianna nie miała pomysłu na to jak mogłabym temu zaradzić, według niej nie mogłyśmy działać bez szczegółowego planu i rozeznania terenu, natomiast według mnie, to była głupota. Marcusowi w każdej chwili groziło... sama nie wiem co, ale nie zapowiadało się to tęczą i oklaskami, był w niebezpieczeństwie.
Wróciłam do domu i zobaczyłam Tomka krzątającego się po kuchni. Estrella leżała leniwie na parapecie i z niezadowoleniem przyglądała się temu co się tam działo. Jakby wyczuwając moją obecność, odwrócił się i od razu podszedł żeby mnie przytulić.
- Co tak wcześnie? Myślałem, że dzisiaj masz do późna zajęcia.
- Nie, dopiero w przyszłym tygodniu mamy zjazd.
Usiadłam ostrożnie na blacie i zaczęłam się mu przyglądać. Na pierwszy rzut oka nic się w nim nie zmieniło, ale był podejrzanym w moim małym śledztwie, w końcu próbował się podszyć pod Marcusa.
- Nie nudziłeś się, gdy byłam z Adrianną? – zapytałam niewinnie.
Odwrócił się i zlustrował mnie czujnym wzrokiem, trwało to zaledwie parę sekund, ale i tak to zauważyłam. Podszedł do mnie i objął mnie w tali, dotknął ustami skóry na mojej szyi, a ja poczułam mdłości. Podawał się za kogoś innego i jednocześnie miał czelność zachowywać się tak jakby nic się nie stało.
- Usychałem z tęsknoty do ciebie - szepnął.
"Szkoda, że nie udało ci się uschnąć, albo chociaż zanudzić i wyjechać" - pomyślałam jednocześnie powstrzymując dreszcze wywołane przez jego dotyk.
- To co dzisiaj będziemy robić? - powiedział uśmiechając się figlarnie.
Przed odpowiedzią uratował mnie sygnał wydobywający się z mojej komórki. Szybko sięgnęłam po aparat i nie dając poznać po sobie zdenerwowania, przeczytałam wiadomość.
Adrianna nie miała pomysłu na to jak mogłabym temu zaradzić, według niej nie mogłyśmy działać bez szczegółowego planu i rozeznania terenu, natomiast według mnie, to była głupota. Marcusowi w każdej chwili groziło... sama nie wiem co, ale nie zapowiadało się to tęczą i oklaskami, był w niebezpieczeństwie.
Wróciłam do domu i zobaczyłam Tomka krzątającego się po kuchni. Estrella leżała leniwie na parapecie i z niezadowoleniem przyglądała się temu co się tam działo. Jakby wyczuwając moją obecność, odwrócił się i od razu podszedł żeby mnie przytulić.
- Co tak wcześnie? Myślałem, że dzisiaj masz do późna zajęcia.
- Nie, dopiero w przyszłym tygodniu mamy zjazd.
Usiadłam ostrożnie na blacie i zaczęłam się mu przyglądać. Na pierwszy rzut oka nic się w nim nie zmieniło, ale był podejrzanym w moim małym śledztwie, w końcu próbował się podszyć pod Marcusa.
- Nie nudziłeś się, gdy byłam z Adrianną? – zapytałam niewinnie.
Odwrócił się i zlustrował mnie czujnym wzrokiem, trwało to zaledwie parę sekund, ale i tak to zauważyłam. Podszedł do mnie i objął mnie w tali, dotknął ustami skóry na mojej szyi, a ja poczułam mdłości. Podawał się za kogoś innego i jednocześnie miał czelność zachowywać się tak jakby nic się nie stało.
- Usychałem z tęsknoty do ciebie - szepnął.
"Szkoda, że nie udało ci się uschnąć, albo chociaż zanudzić i wyjechać" - pomyślałam jednocześnie powstrzymując dreszcze wywołane przez jego dotyk.
- To co dzisiaj będziemy robić? - powiedział uśmiechając się figlarnie.
Przed odpowiedzią uratował mnie sygnał wydobywający się z mojej komórki. Szybko sięgnęłam po aparat i nie dając poznać po sobie zdenerwowania, przeczytałam wiadomość.
Przyjdź do mnie, musimy porozmawiać. Nie mów o tym T.
Alice.
Nie musiała mi o tym przypominać, nie miałam zamiaru zwierzać się temu zakłamanemu pozerowi. Wymyśliłam na poczekaniu jakieś kłamstwo i wyszłam z mieszkania. To zaskakujące jak szybko można nauczyć się kłamać, gdy jesteśmy do tego zmuszeni.
Zwolniłam tempo, gdy wystarczająco oddaliłam się od bloku. Wbrew pozorom rozmowa z Alice nie była czymś czego w tej chwili pragnęłam. Oczywiście była moją przyjaciółką, ale nadal nie wyjaśnili mi dlaczego wie o naszym świecie i kim tak naprawdę jest. Niewiedza i kłamstwa otoczyły mnie i zaczynały powoli wysysać tlen z mojego małego świata. Byłam w pułapce i sama musiałam wymyślić jak się z niej wydostać.
Gwiazdy świeciły jasno, chociaż tak naprawdę nie powinnam ich widzieć, ponieważ szłam przez bardzo oświetlone uliczki. Nie opanowałam swojej mocy, ale moje ciało, a może i duch zaczynały przyzwyczajać się do magii i chyba właśnie dlatego zaczęłam instynktownie dostrzegać różne rzeczy.
Nie jestem pewna jak długo kręciłam się pod domem Alice zanim zorientowałam się, że jestem na miejscu. Odwlekałam to co nieuniknione, nie łudziłam się, że chciała porozmawiać o paznokciach, to było coś poważniejszego.
Westchnęłam czując jak robi mi się zimno i niechętnie zapukałam do drzwi, które od razu się otworzyły.
Alice nie wyglądała tak jak zawsze, nic w jej wyglądzie nie było poukładane. Włosy tworzyły wokół jej głowy ognistą kulę, a pod oczami miała rozmazany makijaż. Zaskakujące było to, że widziałam ją zaledwie wczoraj, a jej skóra już zdążyła się poszarzeć, tak jakby ktoś wyssał z niej całą energię.
- Próbowałam go odnaleźć - powiedziała patrząc w przestrzeń - podróżowałam chyba każdą znaną mi drogą, ale go nie odnalazłam.
Spojrzała na mnie, a jej oczy przybrały intensywnie zielony kolor. Było coś jeszcze... Alice po raz pierwszy odkąd ją poznałam, była naprawdę na skraju załamania, widziałam jak z trudem powstrzymuje łzy.
- Anastazjo, nie przepadam za nim, ale znam go od dziecka, razem się wychowaliśmy. Powinnam mieć wystarczającą moc, żeby go znaleźć, przecież znam go tak jak nikt inny! - wstała wzburzona i zaczęła chodzić w kółko po pokoju - I uwierz mi, że nie mam na myśli jego irytującego charakterku, znam jego zapach, ciało, DNA. Powinnam bez trudu go wytropić, ale nie mogę - spojrzała bezradnie na swoje dłonie - zawiodłam go tak samo jak jego siostrę. Wszystkich zawodzę.
- Alice...
- Nie, Annie taka jest prawda, nie potrafię was chronić.
- Pleciesz głupoty, wstawaj i pomóż mi nauczyć się magii.
Odwróciłam się i chciałam pójść do innego pokoju, ale zatrzymał mnie cichy głos przyjaciółki.
- Annie, nie mogę cię niczego nauczyć, bo nie jestem czarownicą.
Odwróciłam się tak szybko, że zakręciło mi się w głowie.
- O czym ty mówisz?
Alice poklepała zachęcająco miejsce obok siebie na sofie, nie miałam wyjścia, usiadłam i przygotowałam się na najgorsze.
- Pamiętasz jak w Halloween rozmawiałyśmy o elfach? – przytaknęłam lekko głową – powiedziałam ci wtedy o Huldufolk, czyli ukrytych ludziach. Według legendy jesteśmy potomkami aniołów, które nie poparły żadnej ze stron podczas konfliktu Boga i Lucyfera.
- Ile masz lat?
- Parę tysięcy – powiedziała poważnie, a po chwili wybuchnęła śmiechem.
- Alice, my też umieramy, mam dwadzieścia dwa lata, to że pochodzę od aniołów nie oznacza, że jestem nieśmiertelna.
- W takim razie jakie są twoje zdolności?
- To co widziałaś, tworzę portale, więc bezproblemowo mogę poruszać się po całej Ziemi. Jestem też niezwykle ładna jak na człowieka, ale porównując mnie do innych elfów jestem przeciętna. Posiadam też moc, której istoty nie potrafię ci wyjaśnić, po prostu jest ze mną od zawsze i za jej pomocą mogę robić różne rzeczy.
Bez słowa wyjaśnienia wyszła z pokoju, a po chwili wróciła z niedużym, czarnym pudełeczkiem.
- Jesteś tutaj z powodu tego drobiazgu, nie mogę pozwolić na to żebyś była bezbronna – otworzyła pudełko, a moim oczom ukazał się wysadzany szlachetnymi kamieniami sztylet – zabrałam go z posiadłości Elizabeth. Nie mówiłam o tym Marcusowi, ale jego siostra cię odnalazła, właśnie dlatego po jej śmierci zjawiłam się tutaj. Loretta podsłuchała kiedyś rozmowę Elizabeth w której ta mówiła o tobie i Marcusie, od tamtej chwili moja mała przyjaciółka zebrała na wasz temat naprawdę dużo informacji. Zobowiązała mnie do utrzymania tajemnicy, sądziła, że te informacje przytłoczą Marcusa i się załamie, gdy zrozumie, że Elizabeth odizolowała go z twojego powodu.
- Co odnalazła?
- Ten sztylet – zawahała się na chwilę – posiada on mały napis, oznaczający "białego kruka". Prawdopodobnie używałaś go w jednym z poprzednich żyć.
- Nie mogę z nim chodzić po mieście, bo mnie zamkną.
- Przelałam na pudełko i miecz trochę mojej krwi, nikt oprócz nas nie zobaczy tego miecza, a przynajmniej dopóki go nie użyjesz.
Kręciło mi się w głowie od nadmiaru informacji, musiałam wyjść i gdzieś uciec, odetchnąć i zastanowić się co dalej powinnam robić. Niestety nawet u siebie w domu nie byłam bezpieczna, bo gościłam tam wroga.
- Alice, mam jeszcze jedno pytanie – odezwałam się po chwili ciszy – kto mnie nauczy magii? Oczywiście mam Adriannę, ale to jest za mało, dobrze wiemy, że nie jest specjalistką od magii mojego rodu.
Dziewczyna zmarszczyła czoło i zaczęła rytmicznie uderzać palcami w blat. Wyglądała jak mała dziewczynka, która nie potrafi rozwiązać zadania z matematyki.
- Znam twojego kuzyna, nie jest wierny Elizabeth, bo nie popiera tego co robi wasza babka. Wiedział o tym co ci zrobiła i często wypominał jej to w kłótniach, a uwierz mi, kłócili się cały czas. Zawsze zastanawiałam się dlaczego broni ciebie skoro nigdy się nie poznaliście, ale widocznie zwyczajnie się z tobą solidaryzował. Elizabeth nie była idealną babcią, gdy byliśmy mali dużo od niego wymagała, a on pomimo dużego talentu zawsze był dla niej za słaby. Nie widziałam go od bardzo dawna, ale bez problemu się z nim skontaktuję.
- Mam brata ciotecznego?
- Tak i niedługo go poznasz.
Odwróciłam się i chciałam pójść do innego pokoju, ale zatrzymał mnie cichy głos przyjaciółki.
- Annie, nie mogę cię niczego nauczyć, bo nie jestem czarownicą.
Odwróciłam się tak szybko, że zakręciło mi się w głowie.
- O czym ty mówisz?
Alice poklepała zachęcająco miejsce obok siebie na sofie, nie miałam wyjścia, usiadłam i przygotowałam się na najgorsze.
- Pamiętasz jak w Halloween rozmawiałyśmy o elfach? – przytaknęłam lekko głową – powiedziałam ci wtedy o Huldufolk, czyli ukrytych ludziach. Według legendy jesteśmy potomkami aniołów, które nie poparły żadnej ze stron podczas konfliktu Boga i Lucyfera.
- Ile masz lat?
- Parę tysięcy – powiedziała poważnie, a po chwili wybuchnęła śmiechem.
- Alice, my też umieramy, mam dwadzieścia dwa lata, to że pochodzę od aniołów nie oznacza, że jestem nieśmiertelna.
- W takim razie jakie są twoje zdolności?
- To co widziałaś, tworzę portale, więc bezproblemowo mogę poruszać się po całej Ziemi. Jestem też niezwykle ładna jak na człowieka, ale porównując mnie do innych elfów jestem przeciętna. Posiadam też moc, której istoty nie potrafię ci wyjaśnić, po prostu jest ze mną od zawsze i za jej pomocą mogę robić różne rzeczy.
Bez słowa wyjaśnienia wyszła z pokoju, a po chwili wróciła z niedużym, czarnym pudełeczkiem.
- Jesteś tutaj z powodu tego drobiazgu, nie mogę pozwolić na to żebyś była bezbronna – otworzyła pudełko, a moim oczom ukazał się wysadzany szlachetnymi kamieniami sztylet – zabrałam go z posiadłości Elizabeth. Nie mówiłam o tym Marcusowi, ale jego siostra cię odnalazła, właśnie dlatego po jej śmierci zjawiłam się tutaj. Loretta podsłuchała kiedyś rozmowę Elizabeth w której ta mówiła o tobie i Marcusie, od tamtej chwili moja mała przyjaciółka zebrała na wasz temat naprawdę dużo informacji. Zobowiązała mnie do utrzymania tajemnicy, sądziła, że te informacje przytłoczą Marcusa i się załamie, gdy zrozumie, że Elizabeth odizolowała go z twojego powodu.
- Co odnalazła?
- Ten sztylet – zawahała się na chwilę – posiada on mały napis, oznaczający "białego kruka". Prawdopodobnie używałaś go w jednym z poprzednich żyć.
- Nie mogę z nim chodzić po mieście, bo mnie zamkną.
- Przelałam na pudełko i miecz trochę mojej krwi, nikt oprócz nas nie zobaczy tego miecza, a przynajmniej dopóki go nie użyjesz.
Kręciło mi się w głowie od nadmiaru informacji, musiałam wyjść i gdzieś uciec, odetchnąć i zastanowić się co dalej powinnam robić. Niestety nawet u siebie w domu nie byłam bezpieczna, bo gościłam tam wroga.
- Alice, mam jeszcze jedno pytanie – odezwałam się po chwili ciszy – kto mnie nauczy magii? Oczywiście mam Adriannę, ale to jest za mało, dobrze wiemy, że nie jest specjalistką od magii mojego rodu.
Dziewczyna zmarszczyła czoło i zaczęła rytmicznie uderzać palcami w blat. Wyglądała jak mała dziewczynka, która nie potrafi rozwiązać zadania z matematyki.
- Znam twojego kuzyna, nie jest wierny Elizabeth, bo nie popiera tego co robi wasza babka. Wiedział o tym co ci zrobiła i często wypominał jej to w kłótniach, a uwierz mi, kłócili się cały czas. Zawsze zastanawiałam się dlaczego broni ciebie skoro nigdy się nie poznaliście, ale widocznie zwyczajnie się z tobą solidaryzował. Elizabeth nie była idealną babcią, gdy byliśmy mali dużo od niego wymagała, a on pomimo dużego talentu zawsze był dla niej za słaby. Nie widziałam go od bardzo dawna, ale bez problemu się z nim skontaktuję.
- Mam brata ciotecznego?
- Tak i niedługo go poznasz.
A
_______________
Dziękuję za nominację do Liebster Award od Fancy Nancy
z bloga: xxforeverxxx.blogspot.com
Odpowiem na wszystkie pytania jak tylko będę miała wolną chwilę :-)
Zapraszam was również na mojego drugiego bloga:
http://oczy-cherubina.blogspot.com
Dziękuję wszystkim za komentarze, to mnie bardzo motywuje <3
Zapraszam was również na mojego drugiego bloga:
http://oczy-cherubina.blogspot.com
Dziękuję wszystkim za komentarze, to mnie bardzo motywuje <3
Subskrybuj:
Posty (Atom)